Miasta

O drogach już było, o turystach też już było, teraz pora na miasta. Ze względu na naszą lokalizacje i to, że w Chinach spędzamy najwięcej czasu w trakcie wyprawy, skupię się właśnie na tutejszych miastach.

Było już trochę o Kaszgarze, ale to miasto jest wyjątkowe i od ogółu odstaje, chociaż nie we wszystkim. Jeżeli chodzi o styl przemieszczania się Chińczyków po miastach to, jak na razie, wszędzie wygląda tak samo. Totalny chaos. Zasada ograniczonego zaufania nabiera innego znaczenia niż w Europie. Chińczycy, ze wszystkich odwiedzonych przez nas nacji, jeżdżą wg naszych, polskich, standardów, najgorzej. Ale czy tak jest rzeczywiście? Czym mierzymy najgorszość kierowców? W nieprzewidywalności? W niestosowaniu się do przepisów? W chaotyczności? Wszystkie te cechy mają nie tylko chińscy kierowcy, ale i piesi.

Jeżdżąc po Chinach trzeba być przygotowanym na wszystko, absolutnie wszystko. Nawet pas serwisowy na autostradzie nadaje się do ruchu pod prąd trójkołowym mini pickupem. To samo miejsce świetnie nadaje się na spotkanie towarzyskie. Oczywiście, wszyscy uczestnicy, ze względu na porę nocną, są przyozdobieni w odblaskowe stroje.

Autostrada - ze względu na swój liniowy charakter - narzuca jakiś kierunek, w tę lub pod prąd. Miasto za to nie narzuca nic. Można jeździć i łazić gdzie się chce. A Chińczyk jeździć lubi, oj tak! Zazwyczaj na elektrycznym skuterze lub motorowerze.

W mniejszych, biedniejszych okolicach funkcjonują jeszcze rowery, ale to już margines. Drugą grupą pojazdów są trójkołowe, elektryczne lub rzadziej spalinowe mini pickupy (również do przewozu osób). O tyle, o ile jednoślady są dla kierowcy raczej czymś w rodzaju natrętnej muchy, o tyle te pojazdy, ze względu na znaczne gabaryty, nie są pomijalne. Na elektrycznym skuterze może jednorazowo jechać od jednej do kilku osób, a pickupem pasażerskim nawet kilkanaście. Wszystkie pojazdy elektryczne mają tę wadę, że są w zasadzie bezszelestne, poza nadużywanym klaksonem.

Kolejna grupa to samochody. Nie jest ich dużo. Są średniej wielkości. W miastach widzimy dużo taksówek. Warszawskie złotówy to przy swoich chińskich odpowiednikach uczynne anioły. Taki szofer o żółtej skórze, wpycha się absolutnie wszędzie, trąbi ile wlezie i czuje się właścicielem drogi. Na skrzyżowaniach z sygnalizacją świetlną zawsze jest nam zwracane uwagę klaksonem, że mimo braku jeszcze światła zielonego, już się spóźniliśmy z ruszeniem.

Większe chińskie miasta mają specjalne udogodnienia organizacyjne ułatwiające poruszanie się, a skierowane do masy elektrycznych wynalazków. To system uliczek, podobnych do ścieżek rowerowych, przeznaczonych dla mniejszych pojazdów. Tak samo, jak przestrzegane jest tutaj stosowanie kasków na jednośladach, tak samo jest z używaniem tych dodatkowych pasów czyli prawie wcale. Nagminne jest jeżdżenie na czerwonym świetle, jeżdżenie pod prąd, wymuszanie pierwszeństwa, wpychanie się, o trąbieniu już nie wspominając. Taki oto Chińczyk jadąc lub idąc po/wzdłuż dowolnej drogi, chyba tylko czyha, kiedy to w jego zasięgu znajdzie się inny użytkownik drogi, aby móc mu wejść w paradę. Tutaj, do poruszania się, potrzebne jest przede wszystkim bardzo dużo zdecydowania, inaczej nie ma szans na włączenie się do ruchu. Dzisiaj byliśmy świadkami, jak przejeżdżając na sygnale przez skrzyżowanie karetka nieomal zostałaby staranowana, bo nikt ani myślał ją przepuścić. Liczą się tylko: ja, mój pojazd i mój cel. Smaczku dodaje jeszcze kwestia oświetlenia. Pojazdy mają albo światła drogowe albo wcale. Pomimo wszystko wypadków nie ma. To jak to jest z tą najgorszością?

Poruszanie się po mieście, zwłaszcza dla nas, obcokrajowców, nie jest łatwe. Na chodniku cały czas mamy wrażenie jakby nasze życie ograniczało się do tego, kiedy i czy zostaniemy tylko inwalidami czy stracimy życie w wyniku rozjechania przez jakiegoś szalonego kierowcę. Chińczycy są wyraźnie spokojniejsi i skupiają się na innych kwestiach, np. na własnym zdrowiu. Popularnym atrybutem mieszczanki jest maseczka. Ma chronić przed zanieczyszczeniami, a także chorobami przenoszonymi droga kropelkową. Popularne jest też szczelne zakrywanie twarzy maseczką, chustą i okularami, przy czym nie ma to nic wspólnego z wiarą. Jest to raczej trend zbliżony do japońskiej niechęci do opalenizny.

Chińskie miasta wstają wcześnie rano. Wzmożony ruch zaczyna się już przed świtem wraz z pierwszymi zamiataczami. Spać idą późno, a przed snem chińskie miasta lubą jeszcze coś zjeść. Szczyt oferty gastronomicznej przypada mniej więcej na porę tuż po zmroku. Wtedy otwartych knajp i gości w nich jest najwięcej. Jedzony jest głównie makaron, ryż i warzywa, ale też mięso. Mięso jest zazwyczaj ostrawe, dosyć tłuste i skąpane w ciemnym sosie. Chińczyk przy jedzeniu jest obrzydliwy: siorbie, mlaszcze, popycha paluchami i wyjada bezpośrednio twarzą z talerza lub miski.

Miasta generalnie po zmroku żyją, w parkach i na placach odbywają się zajęcia z tradycyjnych sztuk tańca. Wczoraj spotkaliśmy pana, który w towarzystwie kolegi, za pomocą specjalnego, samodzielnie zrobionego pędzla o długości około jednego metra, malował wodą na chodniku co mniej popularne znaki – tak, dla utrwalenia.

Mieszczuchy sporo kręcą się też po świątyniach, głównie buddyjskich. Meczetów, pewnie ze względu na to, że islam jest nowszą religią na tych terenach niż buddyzm, w centrum raczej nie ma. Do Buddy się przychodzi, zapala kadzidło, trochę pokiwa i idzie się dalej.

Wzmożone życie po zmroku nie oznacza, że w ciągu dnia jest cisza i spokój i wszyscy siedzą w biurowcach. Absolutnie nie. Byliśmy zszokowani jak dużo ludzi, spędzających czas na spotkaniach towarzyskich, spotykamy np. w parkach.

Skoro o zmroku mowa. Ciemności chińskie miasta nie lubią. Lubią za to kolory, miganie i przepych w oświetleniu. Zdarzają się zarówno miejskie latarnie ze wstawkami we wszystkich kolorach tęczy, jak i hotele czy biurowce oświetlone nie gorzej niż niejedna europejska stolica przed świętami Bożego Narodzenia. Powszechna jest nowoczesność, oświetlenie to oszczędne diody LED, a latarnie są wyposażone we własne panele fotowoltaiczne.

W ogóle zużycie prądu jest ogromne. Przykładem mgą być stoiska gastronomiczne: każde z nich posiada indywidualne oświetlenie realizowane przy użyciu świetlówki energooszczędnej lub tradycyjnej żarówki o mocy nie mniej niż 100W.

Tak więc jedziemy, oglądamy, chłoniemy kolejne miasta. Jedne bardziej buddyjskie, inne bardziej muzułmańskie, a wszystkie podobnie zlaicyzowane przez rewolucje, a teraz jeszcze niezawładnięte boomem urbanizacji.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=7#sigProGalleria6e1d6d9a71

Turyści czy jednak podróżnicy?

Oczywiście wolimy być postrzegani jako ci drudzy, ale od dwóch dni czujemy się tymi pierwszymi. Dzisiejszy dzień jest kolejnym, w czasie którego pędzimy od jednej atrakcji turystycznej do drugiej. Oczywiście, mamy ściśle sprecyzowane punkty do odwiedzenia. Tak się jednak złożyło, że w centralnych Chinach zwiedzamy głównie popularne atrakcje turystyczne. To zawsze jakaś odmiana od fotografii cmentarnej jaką uskutecznialiśmy przez 4 dni w Uzbekistanie. Wczoraj był Turpan i okolice, dzisiaj: Dunhuang, Jiayuguan, Zhangye.

Do Dunhuang dotarliśmy w bólach dopiero dzisiaj, bo o 3:00 nad ranem naszego czasu. Ponad 4 godziny męczarni zgotowali nam chińscy drogowcy. Remont jednego z dwóch odjazdów do tej miejscowości objął cały 120 km odcinek. W kurzu, ciemnościach i senności walka trwała już od zjazdu z autostrady do samych obrzeży.

Rano, po raz kolejny, pierwszymi przywitanymi tubylcami byli zamiatacze ulic. Jest to dosyć niesamowity proces. Zamiatanie zaczyna się tuż przed wschodem słońca. Długie szczotki o organicznym włosiu, napędzane przez małych zakutanych po czubek nosa ludzi, przegarniają z kąta w kąt osiadły na chodnikach kurz. Bardzo rzadko zdarza się, aby zamiatacz gromadził urobek i usuwał go z chodnika. Najczęściej jest to przegarnianie kurzu przy jednoczesnym wzbudzaniu jego tumanów w przestrzeń. To przed tym właśnie chroni to zakutanie.

Pierwszy punkt do odwiedzenia to gwiżdżące wydmy. Gwizdać nie gwizdały, ale owszem wyglądają imponująco. Drugi punkt to jaskinie Mogao. Obiekt z grubsza podobny do wczorajszych grot buddyjskich, tyle że bardziej zadbany. Niestety, nie było nam dane ich zobaczyć. Rzucano nam pod nogi kłody. Po kilku próbach dotarcia do grot różnymi drogami ostatecznie usłyszeliśmy, że możemy kupić bilet do cyfrowego centrum jaskiń Mogao i następnie  wynajętym meleksem podjechać do nich kilkanaście kilometrów. Wszystko za jedyne około 40$ od osoby.  Takiemu naciągactwu mówimy nie! Trudno, grot nie zobaczymy.  

Jiayuguan to najdalej wysunięty punkt Wielkiego Muru Chińskiego i tym samym nasz pierwszy kontakt z nim. Oczywiście biletowany. Mur na tym odcinku nie przypomina tego znanego nam z telewizyjnych obrazków. To najstarsza cześć muru i przypomina bardziej gliniasty nasyp niż mur. Jako porządni turyści trafiliśmy nawet do muzeum WMC. Do skromnej oferty dla przybysza angielskojęzycznego już się przyzwyczailiśmy, ale poza tym muzeum czyste, świeże i ogarnięte. Taka okazja jak dzisiaj już nam się raczej nie powtórzy, więc mimo wietrznej pogody, podjąłem próbę sfotografowania fragmentów muru i twierdzy z powietrza. Parrot zaliczył lądowanie na drzewie, ale to twarda sztuka i po raz kolejny nic poważnego mu się nie stało. Tylko ja pokłułem się akacją.

W  Zhangye chcieliśmy przede wszystkim obejrzeć największego w Chinach leżącego Buddę. Niestety, Budda poszedł już spać. W mieście byliśmy chwilę po 20, ale to okazało się dla niego za późno. Udało się za to sfotografować miejską pagodę i uchwycić kilka ciekawych obrazków z wieczornego życia mieszkańców.

Wożąc się po takich miejscach dużo obcujemy z chińskim turystą. To bardzo ciekawe doświadczenie. Przy pierwszym kontakcie mieliśmy wrażanie, że to Japończycy. Ich zachowanie było typowe dla stereotypowej japońskiej wycieczki. Z błędu wyprowadził nas Sadik. Podobno niechęć do turystów z Japoni, napędzana oczywiście polityką, jest w chińskiej branży turystycznej tak duża, że takie grupy można policzyć na palcach jednej ręki. W spotykanych przez nas grupach są aparaty, są smartfony, są kijki do selfi, jest ścisk, jest entuzjazm, są parasolki od słońca, jest dyscyplina w podążaniu za przewodnikiem, są maseczki na twarzach. Generalnie, dla nas są wielce pocieszni. Za to są trochę dzicy i bardzo trudno nam wejść z nimi w interakcję, ale przyczyną pewnie są różnice kulturowe.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=7#sigProGalleria7b49328cec

Pan czy fan?

Turpan czy Turfan? Tego chyba nie wie nikt, bo nawet sami mieszkańcy tego miasta nie są zgodni co do nazwy. Nie to jednak jest najważniejsze. A więc co? Dwie rzeczy: Depresja Turpańska i turpański system wodny. Czyli druga co do głębokości na świecie depresja oraz jedno z trzech najważniejszych osiągnięć chińskiej inżynierii.

Depresji szerzej tłumaczyć nie muszę. To obszar na powierzchni ziemi, którego wysokość znajduje się poniżej poziomu morza stanowiącego układ odniesienia. Depresje zdarzają się nawet w Polsce. Mamy swoją własną depresję: Raczki Elbląskie -0,7 m n.p.m.

Turpański system wodny jest czymś niepowtarzalnym. Gdy wraz z wiosną w Tien Szanie zaczynają topnieć śniegi, miliony hektolitrów wody spływają po zboczach gór wprost do Turpańskiej Depresji. Starożytni mieszkańcy Turpanu zauważyli tę zależność i zamiast siedzieć z założonymi rękami i urągać na skomplikowane warunki wodne, postanowili działać. Na powierzchni tysięcy hektarów wykopano dziesiątki tysięcy kilkukilometrowych tuneli równoległych do powierzchni ziemi. Poziome tunele opadające lekko w kierunku miasta posiadały równomiernie rozmieszczone studzienki łączące je z powierzchnią ziemi. Cała ta operacja miała na celu poskromienie gospodarki wodnej narzuconej przez naturę. W jej wyniku woda spływająca z gór trafiała do tuneli i była tam magazynowana. Tunele pełniły i pełną dwie funkcje: rezerwuaru i akweduktu. Woda spływająca w sposób naturalny wylewa się na powierzchnię doliny i bardzo szybko odparowuje. Temperatura  w tych okolicach latem oscyluje wokół 50 st C. Woda zmagazynowana w dziesiątka tysięcy tuneli była schowana przed promieniami słonecznymi, a tempo jej spływania zostało spowolnione. A to wszystko po to, by wykorzystując naturalne zasoby wody jak najefektywniej korzystać z niezwykle urodzajnej okolicznej gleby.

W dzisiejszych czasach takie przedsięwzięcie może nie byłoby najtańsze, ale jego wykonanie zajęłoby góra parę lat. Spróbujmy sobie jednak wyobrazić jakim wysiłkiem powstał ten system. Wszystkie jego elementy, czyli studnie i kanały były drążone ręcznie. Urobek na powierzchnię transportowano konną windą przy użyciu prymitywnych urządzeń. Do tego trzeba było wyznaczyć pod ziemią kierunki tuneli. Całość robi imponujące wrażenie, a efektu dopełnia informacja, że system działa do dziś.

A sprawcą całego zmieszania jest suszona forma winogrona czyli rodzynek. Jeżeli jest woda, żyzna gleba i wysokie temperatury to jest wszystko, co jest potrzebne do wyhodowania owoców winogron, a następnie ich ususzenia. Okolice Turpanu zaopatrują w ten przysmak całe Chiny i nie tylko. Turpan leżał oczywiście na trasie Jedwabnego Szlaku, co tylko stymulowało kolejnych gospodarzy do zajęcia się produkcją rodzynek. Jak rosną winogrona wie każdy, ale nie każdy wie, jak się je suszy w Turpańskiej Depresji. Ten proces tradycyjnie, aż do dnia dzisiejszego przebiega w specjalnie do tego zbudowanym pomieszczeniu, które zwykle znajduje się na piętrze domu mieszkalnego. Ma ono kształt prostokąta, a jego ażurowe ściany są wykonane z glinianych cegieł. Przed bezpośrednią operacją słoneczną i deszczem jest osłonięte dachem. W takich warunkach na drewnianych wieszakach schną sobie w spokoju całe kiście winogron zmieniając się z czasem w rodzynki.

W okolicach Turpanu odwiedziliśmy też groty buddyjskie. Szału nie ma. Obiekt raczej zapuszczony, a niegdyś ograbiony z najatrakcyjniejszych elementów wyposażenia. Grot udostępnionych zwiedzającym jest kilka, choć podobno w kompleksie jest ich więcej. Te ukryte przed zwykłymi turystami są podobno w lepszym stanie i są udostępniane specjalnym gościom po adekwatnie specjalnej cenie.

Po zwiedzeniu okolic Turpanu opuściliśmy dzisiaj prowincję Xinjang i podążamy na wschód. Na zegarku przybyły nam kolejne i ostanie już 2 godziny. Tym samym operujemy w czasie pekińskim. Plan na jutro to okolice Dunhuang.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=7#sigProGalleriaa57322d6cf

Kilometry

Kolejne i kolejne kilometry, setki, a finalnie dzisiaj nawet tysiąc. Tyle przybyło na liczniku. Tak się złożyło, że dzisiejszy dzień to niewiele atrakcji, a dużo jazdy. Łącznie po Chinach mamy do przejechania około 4800 km, przy czym właśnie początkowy odcinek to prawie bezludne obrzeża pustyni Takla Makan.

Jak sam opis wskazuje nie jest to okolica obfitująca w interesujące miejsca. Dzisiejsza relacja będzie raczej zbiorem obserwacji niż opisem naszych przygód. Sadik okazał się być człowiekiem i zgodził się na zmiany za kierownicą. Oficjalne dokumenty są tylko na mnie i pierwsze poranne 400 przejechałem ja.

Jazda prawie pustą autostradą jest jednak bardzo nudna. Zdarzały się odcinki, gdzie po kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy zupełnie sami. Można by więc podejrzewać, że jednak autostrada jest drogą, którą nikt nie jeździ. Otóż nie do końca. Prawie cały czas wzdłuż autostrady prowadzi lokalna jednopasmówka i na niej ruch jest nieco większy. W drugiej połowie dnia zaczęliśmy się zbliżać do większych skupisk cywilizacji, co skutkowało generalnie większym ruchem. Bez paniki, żadne tam korki.

Na drodze pojawiło się też więcej ciężarówek. To nasi główni towarzysze podróży. Chińskie ciężarówki to najczęściej ciągnik siodłowy z bardzo dużą przyczepą. Większą od tych europejskich, zarówno dłuższą, jak i szerszą. Ciekawy jest sposób ich pakowania. Cały ładunek jest przykryty czymś w rodzaju plandeki lub brezentu, a następnie ciasno opatulony ściągniętą na krawędziach sznurkową siatką o dużych oczkach. Wygląda to trochę prowizorycznie, ale widać się sprawdza. To często nie jest koniec. Zdarza się bowiem, że na tak zapakowanej naczepie na wierzchu stoi jeszcze pojedynczy samochód osobowy. Niestety, nie udało się jeszcze uwiecznić na fotografii takiego konsolidowanego transportu, ale postaramy się to nadrobić.

Skoro już jestem przy transporcie samochodów, to warto wspomnieć o rozmiarze chińskich naczep, który dobrze można zobrazować przykładem lawet do transportu nowych samochodów. Na chińskiej lawecie samochody stoją na dwóch poziomach po dwa rzędy na każdym. Uwzględniając dodatkowo długości rzędów, wychodzi na to, że jeden transport jest lekko licząc dwa razy obszerniejszy niż te w naszym kraju.

Każdy kierowca w jakimś stopniu zżywa się ze swoja maszyną. Jedni bardziej, inni mniej. Taki np. kierowca amerykańskiej ciężarówki-potwora często zdobi ją i upiększa dziesiątkami światełek, chromowanymi gadżetami czy artystycznymi grafikami. Jego komunistyczny kolega z Chin gorszy być nie może. Tylko gust i zasoby nie te. Chiński traker ma do dyspozycji głównie dodatkowe oświetlenie. Finał jest taki, że niektóre ciężarówki posiadają oświetlenie inspirowane lotnictwem. Lampy obrysowe migają na zielono i czerwono. Z osłony chłodnicy bije przed takim „elegantem” LED’owy symbol przedstawiający nie-wiadomo-co. Najciekawszy jest zwykle tył. W okolicach tylnych świateł naczepy bardzo często umieszczony jest zestaw migających z wysoką częstotliwością lampek imitujących policyjne koguty. Na przemian w sekwencjach kolor czerwony i niebieski. Cały czas zwłaszcza w nocy łapiemy się na tym, że być może to radiowóz. Podobne oświetlenie jest stosowane w niebezpiecznych miejscach na drogach. Efekt prewencyjny - przynajmniej w naszym przypadku - bardzo dobry. Zwłaszcza po zmroku, z daleka, ciężko jest ocienić czy to czerwono-niebieskie oświetlenie umieszczone mniej więcej na wysokości 1,20-1,50m nad ziemią jest dachem radiowozu czy tylko ów symuluje.

Po chińskich drogą jeżdżą głównie chińskie samochody. Liczba nieznanych szerzej na świecie marek dostępnych na tutejszym rynku jest oszałamiająca. Oczywiście oko cieszą najbardziej bryły „inspirowane” znanymi nam modelami. Naszą największą radość wzbudzają nie tyle przypadki podobieństw, co motoryzacyjne frankensteiny: tył jak Corolla, a przód jak C-klasa. Zdarzają się również smaczki jak np. odświeżony stary VW Jetta. Obecnie produkowany w Chinach już pod inną lokalną nazwą, ale oficjalnie spod ręki VW.

Samochody i drogi to nie wszystko. Potrzebne jest jeszcze paliwo. Z tym, w przypadku Chin, nie ma problemu. Litr ON kosztuje około 5 Juanów, stacje są w rozsądnych odległościach. Być może to jednostkowy przypadek, ale zdarzyło nam się dzisiaj spalić około 17l na 100km! Jest to o około 5l więcej niż średnia do tej pory.

Żeby nie było tylko o samochodach, to opiszę jeszcze jedną atrakcję dzisiejszego dnia. Chcieliśmy dotrzeć nad jezioro Bosten, będące oazą w surowym krajobrazie prowincji Xinjang. Za takie kwestie odpowiada Sadik, w końcu jest naszym przewodnikiem. Jak się okazało w turystyce pracuje od 10 lat, a wcześniej był nauczycielem angielskiego. Destynacja, oczywiście, była mu znana, od razu ostrzegł, że był tam ostatnio ponad rok temu. Na jego wytłumaczenie możemy powiedzieć że istotnie wiele z dróg lokalnych, które pośrednio prowadzą nad jezioro, była w remoncie lub nawet została zlikwidowana. Ponadto część dróg była zajęta przez suszącą się na nich paprykę lub kukurydzę. Były też przypadki, kiedy bezpośrednio na drodze odbywał się proces młócenia. Od momentu zjazdu z autostrady do dotarcia nad jezioro minęło około 2,5 godziny. Powrót zajął nam już nie więcej jak 15 min.

Jezioro zaskoczyło nas pozytywnie. Dostęp do plaży jest biletowany, co prawdopodobnie przekłada się wprost na jej czystość. Brzeg jest otoczony wysoką wydmą, a sama plaża to drobny szarawy piasek. Są leżaki, parasole, molo, ale nie ma sezonu i byliśmy nie lada wydarzeniem zjawiając się tam. Woda w jeziorze jest słodka i lekko mętna. Otoczenie jeziora to obszerne, obecnie suche, zlewisko wody schodzącej z gór. A jest z czego schodzić! Jak na dłoni z brzegu jeziora widać masyw Tien Szan. W chwili obecnej jesteśmy już w Turpan. Jutro od rana buddyjskie groty, Depresja Turpańska i turpański system wodny.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=7#sigProGalleria5d04bbae6d

Przegląd ważny do...

...25.09.2015 r. Tym samym potwierdzam: przeszliśmy dzisiaj chiński przegląd techniczny samochodu. Oczywiście, nie obyło się bez komplikacji.

Zgodnie z umową, organizator naszego „samo-jeżdżenia” (self driving) po Chinach oraz przewodnik Sadik byli po nas o 7:00 rano. Od razu wyjechaliśmy z miasta w kierunku stacji diagnostycznej. Celem wizyty było zrobienie przeglądu, załatwienie tymczasowej tablicy rejestracyjnej, wyrobienie tymczasowego prawa jazdy, ubezpieczenie samochodu. O przegląd trochę się baliśmy, bo oprócz szyby z pleksi i lusterka łazienkowego, do listy naszych uszkodzeń doszły, a w zasadzie odeszły tylne amortyzatory: mniej więcej od Kirgistanu pasażerowie tylnego rzędu siedzeń walczą z chorobą morską. Do naszych chińskich partnerów rano dołączył jeszcze jeden młody człowiek, specjalista od kwestii rejestracyjnych. Od czego konkretnie był specjalistą nie wiemy, ale z pewnością uratował nam kilka, jak nie kilkanaście godzin oczekiwania w kolejce.

Przeglądy techniczne w Chinach nie są zorganizowane jak w Polsce. Za ich realizacje odpowiada państwowa instytucja i to chyba jedna na całe miasto. Kolejka przynajmniej na kilka rzędów, łącznie kilkaset samochodów i ciężarówek. Wspomniany młody człowiek rzekomo miał jakieś koneksje w tej instytucji. Najpierw boczną bramą podjechaliśmy od tyłu hali przeglądów. Po kilku minutach okazało się, że jednak musimy wrócić do kolejki, bo sytuacja będzie wyglądała na korupcyjną. Słusznie! Najważniejsze, żeby wyglądało, że jest w porządku! W kolejce nie mieliśmy najmniejszych szans. Na szczęście specjalista się wykazał, znalazł przejazd tuż pod szlaban między dwiema ciężarówkami. Kiedy szlaban poszedł do góry i pierwsza ciężarówka ruszyła my w jej cieniu byliśmy już na placu. Tam kolejne kilkadziesiąt samochodów. Ale co za szczęście! Znowu jesteśmy pierwsi. Okazać gaśnice i trójkąt. Za kilka chwil przyszedł mały żółty człowiek i aparatem w telefonie wykonał kilka zdjęć. Numery nadwozia, ogólny plan, symbole z opon. Wszystko przeplatane oczekiwaniem, mniejszymi i większymi okresami bezczynności.

W trakcie tych czynności przyglądaliśmy się temu, co dzieje się w hali przeglądów. Np. kontrola składu spalin przebiega nie na biegu jałowym, tylko na rolkach przy znacznej prędkości. Skutkuje to, oczywiście, znacznym zadymieniem i hałasem. Zdarzył się też przypadek „rzucenia palenia” w trakcie przeglądu. Cóż, chińska jakość. Po czynnościach statycznych bus bez nas pojechał na kontrolę nie wiadomo czego, bo nie mogło nas przy tym być. Po wszystkim nasz specjalista przyniósł pęczek naklejek i zaczęliśmy znakować naszą maszynę. To chyba jakiś nowy wymóg bo część samochodów na ulicach ma już te naklejki, a bardzo duża część nie. My w każdym razie mamy (patrz zdjęcie). Ale gdzie są nasze dokumenty? Jeszcz tylko 15 min i będą gotowe... jest jednak jedno „ale”. Oni mają za gorąco w pracy i teraz oni mają przerwę. Trzy godziny!

Nie było wyjścia, trzeba było się podporządkować. Też poszliśmy na obiad, do tego uroczego przybytku ze zdjęcia. Jak już udało nam się zabić ten czas okazało się, że faktycznie zabrakło góra dwudziestu minut. Szczęśliwie stacja diagnostyczna jest umiejscowiona na wylotówce w interesującym nas kierunku. Skoro nic już nas nie zatrzymywało to w drogę!

Autostradowa wylotówka z miasta rokowała nieźle, tak też było dalej. Byłoby świetnie, gdyby nie opłaty. Okazuje się, że zarówno autostrada jak i idąca równolegle zwykła szosa są płatne. Skoro obie są płatne, to wybieramy szybszą, ale droższą autostradę. Najwyżej później będziemy oszczędzać.

Pierwsze kilka setek kilometrów, to zapoznanie się z naszym przewodnikiem. Sadik jest Ujgurem, a więc i muzułmaninem. Ma 44 lata żonę i dwóch synów. Ma ze sobą namiot i śpiwór, ale umówił się z nami, że jeżeli będzie taka opcja, to woli hotel. Skoro jest muzułmaninem to nie partycypuje w pokładowym cateringu, golonka nie podchodzi. I tak zapas jedzenia ma ze sobą, świadomy przyszłych problemów z dostępnością produktów halam.

Dzisiaj daliśmy radę dojechać do Aksu. Sadik w hotelu, a my na niczyim placu, bo hotel nie mógł nas - obcokrajowców – gościć. Nawet na parkingu.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=7#sigProGalleria4df9a8991a

Handel

Handel to na tyle ważna gałąź chińskiej gospodarki, że poświęcę jej dzisiejszą relację.

Niedziela to tradycyjnie w islamie dzień handlowy. Kaszgaria jest muzułmańska, więc jedną z największych atrakcji jest tradycyjny niedzielny targ w Kaszgarze. Nie mogło być inaczej, musieliśmy się tam wybrać. Atrakcji turystycznych w Kaszgarze nie ma zbyt wiele, poza meczetem, mauzoleum i opisanym już wcześniej starym miastem. Targ natomiast nie dla wszystkich będzie atrakcją.

Nie jest to stricte turystyczna atrakcja, handlarze nie zaczepiają i nie nawołują tekstami „Maj frend! Speszjal prajs for ju”. A wręcz przeciwnie. Znalezienie kogoś, kto chociaż łapie kilka słów po angielsku, nie mówiąc już o operowaniu nimi, graniczy z cudem. Znajomość angielskiego generalnie jest tragiczna. Problem jest nawet z podstawowymi liczebnikami. Handlarzom materiałami na targu nic nie mówi słowo silk, które powinno wg nas być absolutnym minimum. Jak to jest, że Chińczyk targujący w Warszawie na chodniku Kubotami po dwóch tygodniach zna już kilka podstawowych zwrotów po polsku? Czyżby aż tak mało docierało tutaj obcokrajowców?

Targowisko ma oczywiście olbrzymie rozmiary. Jest zadaszone, chociaż nie jest to systematyczna zabudowa. Alejki są przestronne, stoiska podobnej powierzchni, po około 4x4 m. Poszczególne kwadraty, sektory alejki, w zależności od liczby stoisk, są podzielone tematycznie. Specjalizacje są wąskie jak np.: skarpetki, rajstopy, ubrania dziecięce, materiały, sukienki, suknie… oczywiście w większości to chińskie badziewie. Ale coś atrakcyjnego da się znaleźć.

Na trasie naszej wyprawy przyzwyczailiśmy się, że handel jest bardzo monotonny. Jak na tapecie były arbuzy, to przez setki kilometrów były tylko stoiska z arbuzami, jak jabłka - to jabłka, pomidory... i tak dalej. Ale tutaj niedzielny targ zaskakuje, znalezienie identycznych produktów nie jest takie łatwe. Jak w takim razie zdobyć klienta? Krzyk to oczywiście dobry pomysł. Zwłaszcza w pierwszych z brzegu alejkach, które z natury rzeczy są najbardziej zatłoczone. Potwornie zatłoczone. Potok ludzi jest niejednokrotnie dodatkowo przecinany przez trójkołowe transportowe pick-upy wyładowane towarem do poziomu Drogi Mlecznej. No, tak, ale jak ja krzyczę, to mój sąsiad też krzyczy. Zatem trzeba krzyczeć głośniej, np. przez megafon. Dobrym patentem jest też krzyczenie z wysokości np. stojąc na własnym stoisku. Na szczęście im głębiej w las tym ciszej i luźniej. Można się nawet rozejrzeć dosyć spokojnie.

Całej powierzchni targowiska nie przeszliśmy i chyba nie ma nikogo, kto by to robił. Dzięki sprawnej organizacji i koniecznej znajomości miejsca można tam się poruszać celowo. Mając zapotrzebowanie konkretnie na skarpetki można precyzyjnie, nie ulegając pokusom, dotrzeć do sektora tylko ze skarpetkami. Jak już dotarliśmy do konkretnego fragmentu i wybraliśmy towar to czas się rozliczyć. Tutaj jesteśmy trochę zawiedzeni. Otóż Chińczycy nie są aż tak - jak nam się wydawało - skłonni do targowania. Owszem jakiś margines istnieje, ale są to różnice symboliczne sięgające kilku procent ceny wyjściowej. Tak jest na bazarze i tak samo jest w przypadku cinkciarzy. Ceny i tak nie są wysokie więc nie narzekamy, ale brakuje tego dreszczyku. Wracając jeszcze do szeroko pojętej oferty. Podróbki to oczywiste, czasami gdzieniegdzie znajdzie się coś co jest albo bardzo dobrą podróbką albo oryginałem. Prawdziwego iPhone‘a da się kupić, ale nie da się kupić prawdziwej Coca-Coli! Jeżeli już gdzieś jest napój znany nam z Europy o smaku coli to jest to Pepsi. Dlaczego, o co chodzi? Nie wiem spróbujemy podpytać o to naszego przewodnika.

Jutro o godzinie 7 naszego czasu jesteśmy umówieni na wyjazd. Jedziemy najpierw na kontrolę stanu technicznego pojazdu. Zaraz po tym mamy otrzymać tymczasowe tablice i prawo jazdy. Jak tylko uregulujemy formalności ruszamy w głąb tego olbrzymiego kraju. Będziemy informować na bieżąco.

Janek

 

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=7#sigProGalleria5407ba1118

Bonus audio: minuta z życia Kaszgaru

0" Bazar jedzeniowy,
12" śpiewaczka w parku,
28" muezin,
40" narada przed kolacją,
53" niedzielny bazar.