Szklane domy

Wczorajszy dzień zakończyliśmy bardzo późno, o drugiej w nocy czasu lokalnego, za to w pięknych okolicznościach przyrody, przy pełni księżyca na plaży Morza Kaspijskiego. Rano słońce ukazało pewne mankamenty tego miejsca. Azerzy mają bardzo swobodne podejście do pozostawiania po sobie śmieci. No, trudno, my po sobie śmieci nie zostawiamy tylko zawsze wszędzie wszystko grzecznie wieziemy do prawdziwego śmietnika, a nie takiego zwyczajowego.
Azerzy to w ogóle bardzo dziwny naród. Niby muzułmanie, ale meczetów nie jest jakoś strasznie dużo. W czasie naszych zwykle 19 godzin dziennej aktywności  muezinów nie słyszymy w ogóle. Widać, że Azerowie naturę mają raczej bałaganiarską i flejowatą, ale czasami zaskakują nas zupełnie nie pasującym do otoczenia elementem, jak np. luksusowy nowy hotel stojący w otoczeniu warsztatów, zwyczajowych śmietników i z widokiem na autostradę.
Podobnie w Baku. Obrzeża są brzydkie, nieuporządkowane i biedne, a centrum czyste posprzątane i oświetlone taką ilością żarówek, diod, neonów, że Baku widziane z kosmosu musi być bardzo jasnym i kolorowym punkcikiem. Może nie jest to Las Vegas, ale Amerykanie mogą czuć azerski oddech na plecach.

Skoro jestem przy przedmieściach... Wczoraj szukaliśmy miejsca na nocleg w miarę blisko morza, a jak się da, to na plaży. W końcu znaleźliśmy odpowiednie miejsce, ale w tej sprawie przebijaliśmy się dobre pół godziny przez gąszcz wąskich, krętych, wyboistych ścieżek, bo trudno je było uznać za drogi. Cały czas po obu stronach ciągnęły się wysokie mury posesji. W tym miejscu na chwilę się zatrzymam.
W Azerbejdżanie bardzo dużo się buduje, ale jednocześnie bardzo monotonnie. To kraj trawertynem stojący! Ten wysoce pożądany w Polsce w ostatnim czasie materiał stanowi w Azerbejdżanie budulec podstawowy. Powstają z niego domy, domki, mury, murki lub jest po prostu składowany na podręcznej kupce. Występuje chyba tylko w jednej formie – cegiełek o regularnych wymiarach około 20x20x30 cm. Czasami jest zastępowany takimi samymi cegłami z piaskowca, ale 80% budowli to właśnie trawertyn. Musi być tani, albo specyficzna potrzeba intymności skłania Azerów do otaczani się murami właśnie z tego materiału. Jednocześnie jest to materiał równych szans. Buduje się z niego tak samo na najuboższej wsi, jak i w każdym typie miast z Baku włącznie. Co bogatsi gospodarze mury powstałe z trawertynu tynkują lub okładają dekoracyjniejszym materiałem, często rzeźbionym. Mur z trawertynu to jeszcze nic. Jak jest mur, to musi być brama, a ta nie może być byle jaka! O co chodzi zobaczcie na zdjęciach, bo ciężko to opisać.

Co jeszcze ciekawego można zobaczyć w Azerbejdżanie? Jacek ustalił, że niedaleko Baku jest coś, co Google zdefiniowało jako płonące skały. Wyobraźnia podpowiadała nam, że musi to być coś zbliżone do słynnej płonącej dziury w Turkmenistanie. Oczywistym było, że musi być mniejsze, bo wtedy dziura w Turkmenistanie nie byłaby tak znana. Na miejsce oddalone o około 20 km od centrum Baku dotarliśmy szybko i sprawnie. Tam okazało się, że teren jest ogrodzony i stanowi atrakcję jednej z restauracjo-hoteli. Prawdopodobnie jednak bilety, które opłaciliśmy były zwykłą łapówką dla strażników. Rozochoceni, że zaraz zobaczymy coś „łał”, objuczyliśmy się sprzętem fotograficznym i zabraliśmy Parotta. Strażnicy nawet się zaniepokoili, że chcemy filmować z drona, co okazało się niedozwolone, zapewniliśmy ich jednak, że w żadnym wypadku nie zamierzamy robić filmów, a jedynie zdjęcia, co uspokoiło ich sumienia i nie stwarzali już przeszkód. Na miejscu, czyli po przejściu około 100 m okazało się, że owe płonące skały zajmują obszar na jaki można rozwlec przeciętne ognisko. I tak jednak było ciekawie, a nasze rozczarowanie absolutnie nas nie załamało, a co najwyżej rozbawiło.

Tego dnia od rana po drodze do portu szukaliśmy szrotu, sklepu z częściami lub jakiejkolwiek okazji do nabycia brakujących nam lusterka i okna.
Azerzy nie mają czegoś takiego jak szrot. Tutaj wszystko, co chociaż potencjalnie zgodnie z przeznaczeniem nadaje się do jazdy, jeździć powinno. W związku z tym wszystko się naprawia. Do naprawy można użyć również części, które niekoniecznie wydają się być sprawne. Tu przykładem są szyby przednie, które nawet trochę popękane są postrzegane jako jeszcze w zupełności sprawne i stanowią przedmiot obrotu.
Na nasze nieszczęście VW Transporter w Azerbejdżanie jest równie popularny jak Zaporożec w Polsce. Odwiedziliśmy chyba wszystkie warsztaty, które mają choć trochę wspólnego z szybami samochodowymi. Udało nam sie nawet znaleźć samochód identyczny, z kompletnym oszkleniem i lusterkiem, tylko że szyba była pancerna! Od pewnego momentu w poszukiwaniach pomagał nam Azer (to imię, nie tylko narodowość). Wsiadł z nami do busa i woził nas od warsztatu do sklepu z częściami, a w końcu na bazar. Tam udało się znaleźć dość mocno sfatygowaną plexi, która posłuży nam za szybę. Azer robił sobie co chwila z nami selfi i ogólnie bardzo się cieszył, że bierze udział w takim przedsięwzięciu, a na koniec nic od nas nie chciał. Trochę było nam głupio, że tak nic nie chce za pół dnia jeżdżenia. Ostatecznie dostał troche %.  Jako porządny muzułmanin wzbraniał się, bo twierdził, że mu nie wolno, ale w końcu wziął.
Z pleksą „pod pachą” pojechaliśmy do portu. Odnaleźliśmy kasę i dowiedzieliśmy się... niewiele. Prom jest i z tego, co zrozumieliśmy, to właśnie pakuje się pociagami, a pasażerowie i samochody będą mogły wjechać, jak już będzie wiadomo, ile zostało miejsca. A wiadomo będzie, kiedy będzie wiadomo, a więc dopiero jutro, między 11 a 12. Na razie wiedza, która posiadamy, nie nastaraja optymistycznie. Na pokład wchodzi 10 osób, a na liście oczekujących jest 8. Pani w kasie nie powiedziała definitywnie „nie”. Prom z Baku do Aktau kosztuje 110$ od osoby + samochód z kierowcą 100$ za metr długości samochodu. Ech, szkoda, że nie mamy mikroskopijnego japońskiego busika.

Do popołudnia szyba była wymieniona. Nowa jest całkiem przyzwoita i nawet się odsuwa elektrycznie, chociaż jest trochę porysowana.

W tak zwanym międzyczasie napatoczył się tajemniczy jegomość w służbowej koszuli okraszonej pagonami z 4 złotymi gwiazdkami. Poprosił, aby pokazać mu dokumenty celne wozu. To chyba opatrzność, bo ów człowiek wytłumaczył nam, że kaucja nie jest kaucją tylko ubezpieczeniem, a termin 72 godzin jest nieprzekraczalny, bo inaczej będziemy musieli zapłacić 20% wartości auta tytułem kary.
CO w związku z tym udało się ustalić? Musimy zgłosić się do izby celnej i tam otrzymamy coś na kształt meldunku dla samochodu. Potem będziemy mogli czekać w porcie, ile będzie potrzeba.
Przez to całe zamieszanie nie udało nam się za dużo pofotografować. Jutro robimy podejście do grobu inżyniera Pawła Potockiego i kilku kamienic oraz odwiedzimy koniecznie izbę celną. Jesteśmy też umówieni w kasie portu na 11:00. Szykuje się aktywny dzień w Baku.

Janek

 

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=28#sigProGalleriacbc27cec3a

A i Z

A i Z
Jak Azerbejdżan. I chyba wszystko w tym kraju jest tak skrajnie od siebie nawzajem odmienne, jak te dwie litery. Zaczynając od dwóch różnych stanowisk na granicy, co do naszego wjazdu, poprzez różnicę między wsią a miastem, a kończąc na ogólnym bogactwie i biedzie ludzi mieszkających w sąsiedztwie.

Różnicę na granicy stanowiła opisywana wczoraj kaucja. Wg pierwszego z pograniczników powinna wynosić 5000 euro, a według drugiego wystarczające było 50 euro.

Miasta w Azerbejdżanie, bez względu na to czy małe czy duże, są generalnie ogarnięte. Trawa skoszona, chodniki pomalowane, skwery wypięknione. Za to prowincja... dramat. Jakby inni ludzie tam mieszkali. Pominę oczywiste braki w infrastrukturze, bo to w gestii władzy, ale syf robią sami mieszkańcy.

A bogactwo w Azerbejdżanie to bardzo ciekawa sprawa. Na prowincji to tak, jak już pisałem, syf, brud i bieda. Bieda straszna. Tyle wozów ciągniętych przez rozmaite zwierzaki nie widzieliśmy chyba przez całe życie. I one nie woziły turystów, tylko służyły do transportu towarów i właścicieli. Sprawa zmieniała się w miarę zbliżania się do Baku. Stare Łady zastępowały Mercedesy klas od E wzwyż, Wołgi były wypierane przez Bentleje, a Nivy przez Range Rovery. Rozwarstwienie społeczne jest ogromne.

To, z czego żyje Baku staje się jasne po otwarciu okna, od razu da się wyczuć charakterystyczny zapach przetwarzanej ropy naftowej. Azerbejdżan posiada jedyne na świecie pokłady ropy, które same wybijają na powierzchnię ziemi. Pierwsze pompy do ropy można zobaczyć zaledwie 10 km od centrum miasta. Tylko dlaczego odległość od Baku w takim stopniu wpływa na zasobność obywatela?

Tyle o samym Azerbejdżanie. My realizujemy program dalej.

Dzisiaj odwiedziliśmy Zakatale, a konkretnie historyczne muzeum tamże. Zbiegów okoliczności nastąpił ciąg dalszy. W muzeum spotkaliśmy dwoje naukowców z Polski badających ślady polskiej szlachty na Kaukazie.

Po Zakatale pojechaliśmy do Szamahy, gdzie stoi zaprojektowany przez Polaka meczet, a część z jego elementów (stalowych konstrukcji) została wykonana w Warszawie. Na miejscu okazało się, że dwa lata temu meczet przeszedł przebudowę, ale elementy nas interesujące zostały zachowane na terenie przylegającym do meczetu.

Celem na dzisiaj było ustalenie szczegółów przeprawy promowej z Baku. Udało się ten cel zrealizować w niewielkim stopniu. Wiemy, gdzie jest port, i wiemy, że kasa może będzie otwarta  jutro i może jutro dowiemy się czegoś więcej. Tak czy inaczej, do 10 rano mamy czas na poszukanie szyby i lusterka.

Za to na nocleg udało się znaleźć miejsce ciekawe, bo na plaży Morza Kaspijskiego.

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=28#sigProGalleria09092ff020

Z Gruzinami…


… nie jest łatwo! Dzisiejszy dzień obsypał nas gradem niesamowitych wydarzeń.

Zacznijmy tak, jak jest najlepiej, czyli od początku.

Wczorajszą noc spędziliśmy utuleni do snu przez dźwięk wodospadu tbiliskiego ogrodu botanicznego. Miejsce wydawało się zaciszne, poza wodospadem. Głównie dlatego, że wieczorem nastąpił zmasowany atak odwiedzających, ale po męczącym dniu specjalnie nam to nie przeszkadzało. Rano sprawnie zwinęliśmy obozowisko i skierowaliśmy się do Lagodeki.
Dystans, jak dla nas, żaden - 150 km. Droga jak to w Gruzji: taka sobie. Po drodze wskoczyliśmy jeszcze na małe latanie do Signahi.
Nasza idylla skończyła się 15 km przed Lagodeki. Skończyła się olbrzymim hukiem i orzeźwiającą bryzą tłuczonego szkła wypełniającą wnętrze busa. Zanim się zorientowałem co zaszło przejechałem - jak się później okazało - jakieś 150 m (warto zapamiętać tę wartość) i zatrzymałem się na poboczu. Wszystko było jasne: nie ma szyby bocznej od kierowcy i lusterka. Pytanie: co zaszło z drugiej strony? Zanim otrzepałem się ze szkła i otworzyłem drzwi, stał już za nimi czarny (bo jaki by inny) Gruzin z owłosionym plecami i brzuchem o objętości kilku uczciwych arbuzów, wykrzykujący w moim kierunku - jak mniemam - niezbyt ciepłe słowa. Okazało się, że jego lusterko jest popękane, a zamiast – jak my – stracić całą szybę boczną, stracił tylko trójkątną nieruchomą. Mój przeciwnik powoził marszrutką marki Mercedes Sprinter na trasie Granica – Tbilisi. Na pokładzie miał kilka osób, w tym młodą Gruzinkę, która od razu aktywnie włączyła się w negocjacje między stronami. Od razu udało się sformułować akt oskarżenia przeciwko mnie, który zakładał, że przekroczyłem oś jezdni i spowodowałem tę stłuczkę (potem okazało się, że był jeszcze jeden mały szczegół). Szybko stało się jasnym, że nasze zeznania są lustrzanie odwrotne i nie ma szans na dogadanie się. Wzywamy policję, znaczy oni wzywają, bo przecież my się nie dogadamy. No i czekamy. Wspomniana młoda niewiasta była momentami nawet bardzo nieprzyjemna zarzucając nam, że nie traktujemy sytuacji poważnie. Na policję czekaliśmy około 30 min., a w międzyczasie przyjęliśmy spójną (jak na pięciu Polaków) wersję zeznań. Po przyjeździe policji w zasadzie nie zostaliśmy włączeni formalnie w czynności. Policjanci wysłuchali tamtej strony i przystąpili do pomiarów i wykonywania szkicu. I to był moment na pierwszą propozycję dogadania się: Gruzin zaproponował, że my płacimy nasz mandat, jego mandat i zwracamy mu koszty uszkodzeń, bo jeżeli się nie dogadamy to samochody zostają na ekspertyzę, która potrwa 2 miesiące, a po wszystkim, jeżeli wina będzie po naszej stronie, to poniesiemy jeszcze koszty jego utraconych zarobków. Oczywiście odrzuciliśmy tę propozycję jako abstrakcyjną. Tłumaczyliśmy oczywiście, że szkody i wina jest w maksymalnym wariancie równomierna. W międzyczasie wykonaliśmy telefon do ambasad – co tu z nimi zrobić? Raz na zawsze rozwiewam w tym miejscu jakiekolwiek wątpliwości: W GRUZJI NIE DZIAŁA ZIELONA KARTA! Niemniej jednak w niczym to nie przeszkadza. Panowie policjanci zniecierpliwieni brakiem konsensusu zapowiedzieli - 5 min albo wzywamy „egzekutora” - ktokolwiek to jest! No, dobra, jak tak wygląda sprawa to, proponujemy: każdy płaci mandat za siebie i oddajemy mu za koszty, niech mu będzie. Ale nie! Nie odpowiada mu, bo szyba droga (75$) i mandat drogi. Ostatecznie w tempie ekspresowym, jak zakup dywaników, ustaliliśmy 90$ i mandaty każdy za siebie. Kasa wpłacona, następnie jedziemy na komisariat złożyć zeznania i wypisać mandaty. Komisariat zlokalizowany był na szczęście w naszym docelowym kierunku, ale panom policjantom przypomniało się, że nie zabrali od nas praw jazdy i dowodu rejestracyjnego. Ostatecznie, do Lagodeki dotarliśmy pod eskortą radiowozu. Do komisariatu w pierwszej wersji zostaliśmy zaproszeni my, jako kierowcy, i Tamar – owa młoda Gruzinka, która w międzyczasie okazała się być całkiem miłą osobą zainteresowaną równie jak my, szybkim rozwiązaniem problemu i rozjechaniem się w swoich kierunkach. Za chwilę dołączył do nas jeszcze Jacek, bo najlepiej z nas komunikuje się w języku rosyjski, a w całej akcji łącznie używaliśmy trzech języków: ja - angielski, Jacek – rosyjski, a Tamar - angielski, rosyjski i oczywiście gruziński. Wypisywanie dokumentów trwało w nieskończoność. Mandat ma format A4 i jest olbrzymim polem do popisu dla grafomanów. Do tego doszedł jeszcze oddzielny formularz zeznań, a wszystko okraszone odszukiwaniem w moich dokumentach właściwych i potrzebnych danych. Było też dmuchanie w alkomat oraz już zupełnie luźne i miłe rozmowy. Mandat 250 lari, czyli około 110$, należy opłacić w banku dnia następnego. Hmm..., ale my dnia następnego  będziemy już w Azerbejdżanie!
„Inaczej nie da rady, możecie pojechać na granicę, może tam wam coś poradzą.”
W międzyczasie, kiedy my regulowaliśmy formalności, Sławek, Waldek i Darek rozgrywali na ulicy przed komisariatem mecz w siatkówkę z dwiema Holenderkami – pasażerkami busa, ku uciesze naszych znajomych policjantów. Szybka wymiana danych celem odnalezienia się na fejsbuku, szybkie selfi i w drogę.
Bank jest na granicy. A zatem: jedziemy na granicę do banku, czy najpierw zwiedzić Lagodeki? Do granicy jest 8 km, bank jest otwarty 24 godziny, zatem damy radę jeszcze pojechać do Lagodeki. Przy najbliższej okazji kupujemy w sklepie lusterko kosmetyczne w wiadomym celu.
W Lagodeki szukamy wszystkiego, co związane z życiem polskiego botanika Ludwika Młokosiewicza. Zagadujemy kilka osób o cmentarz, park, cokolwiek. Oczywiście, to nazwisko nie mówi wszystkim tak dużo, jak mogłoby się wydawać. Jesteśmy wysyłani w kolejne przecznice. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zaczepiona losowo na ulicy para kobiet okazuje się być pra- i praprawnuczką naszego bohatera. Niestety, w sumie niewiele mogą nam pomóc, bo też są tu na wakacjach. Krążymy dalej, pytamy kolejne osoby i w końcu jakiś pan pojechał z nami i pokazać co i gdzie. Finalnie doprowadził nas do kolejnego człowieka, imieniem Walerij, który okazał się być historykiem, autorem biografi L. Młokosiewicza, a w Lagodeki jest nazywany Małym Młokosiewiczem. Doprowadził nawet do tego, że ulica, przy której mieszka, oraz przy której znajduje się ogród dendrologiczny stworzony przez Polaka, nosi dzisiaj nazwę L. Młokosiewicza! Dzięki uprzejmości Waleriego sprawnie dotarliśmy na cmentarz, przeszliśmy się po parku i zobaczylismy dawny polski kościół oraz koszary, w których służył Młokosiewicz.
Na nas już czas. W końcu musimy się jeszcze zmierzyć z zagadnieniem opłacenia mandatu i granicą z Azerbejdżanem.
Bank jest dosłownie na granicy, czyli już nie w Gruzji, a jeszcze nie w Azerbejdżanie.  Opuszczamy zatem Gruzję, ale problemy się nie kończą, a w zasadzie rozkręcają się. W banku nie mogę opłacić mojego mandatu, bo jeszcze go nie ma w systemie. Będzie jutro między 10 a 11. Pogranicznicy wyrażając zrozumienie dla naszego problemu i radzą sprawę olać, bo i tak nikt nas za granicą nie będzie ścigał. Tyle tylko, że ja odwiedzam Gruzję częściej niż raz w roku i przy próbie następnego wjazdu pojawiłyby się problemy. Nie ma rady. Albo zostajemy do rana albo… no właśnie… Walerij! Trzeba do niego wrócić i poprosić, żeby opłacił mandat w moim imieniu w ciągu najbliższych regulaminowych 30 dni. Ale żeby to zrobić, musimy ponownie wjechać do Gruzji! Zajmuje to jakieś 3 minuty. U Waleriego jesteśmy w kolejne 7. Wszystko jest jasne i załatwione zanim jeszcze zdążyliśmy wyartykułować o co chodzi.
Jeszcze tylko rzut oka na treść zarzucanego mi czynu. Okazuje się, że stworzyłem zagrożenie w ruchu – ok,  spowodowałem uszkodzenie mienia – ok, uciekłem z miejsca wypadku - ??? Tak, tak, chodzi o te 150 m. Teraz to i tak bez znaczenia.
Przy drugim podejściu wyjeżdżamy z Gruzji skutecznie. Napis na tablicy informacyjnej przed granicą z Azerbejdżanem życzący powodzenia daje do myślenia.

Summa summarum, przekroczenie granicy zajęło kilka godzin. W trakcie okazało się, że my, owszem, możemy wjechać do Azerbejdżanu na 30 dni, ale nasz samochód jest objęty kaucją w wysokości 50 euro, która przepada, jeżeli nie opuści kraju gejzerów ropy naftowej w ciągu 72 godzin. Co robić? Będziemy próbować, najwyżej przepadnie. Od granicy odjechaliśmy 30 km i możemy powiedzieć tylko, że Azerowie utrzymują samochody w czystości, a ulice ewidentnie wskazują na zasobność publicznego skarbca.
Jutro przyjrzymy się bliżej Azerbejdżanowi. Na razie idziemy odpoczywać, bo jest po czym.

P.S. Nadal uważam, że po Gruzji jeździ się bardzo przyjemnie.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=28#sigProGalleria3405897ad5

Noc na komisariacie

Posadzili nas za latanie dronem nad ważnymi państwowymi obiektami.

Żartowałem, sami się posadziliśmy, a w zasadzie rozbiliśmy i to obok przydrożnego komisariatu koło Kutaisi. I rozbiliśmy obozowisko, a nie samochód.

A posadzić nas mieli za co. Od rana mieliśmy zamiar atakować sąd apelacyjny w tymże mieście. Atakowaliśmy w sensie zmasowanej akcji fotograficznej. Operacja zakończona sukcesem. Udało mi się nawet dosyć swobodnie wejść i po przechadzać po korytarzach sądu apelacyjnego, gdzie w dzień roboczy, po 8 rano, nie było prawie nikogo.

Potem zaliczyliśmy jeszcze małe latanie nad placem ze złotą fontanną. Filmy pokażemy po powrocie, bo transfer kosztuje! Po drodze do Tbilisi na chwilę zatrzymaliśmy się przy prowizorycznym przejściu granicznym z prowizorycznym państwem Osetia Południowa. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć zarówno terminal graniczny, jak i sam obóz, który stoi w trefie buforowej.

Posadzić nas mogli jeszcze ewentualnie za nieprzestrzeganie przepisów ruchu drogowego. Ale Gruzini nie mają tak dużego aresztu, bo razem z nami musieliby siedzieć wszyscy kierowcy i prawie wszyscy piesi. Określenie, że podejście do przepisów ruchu drogowego jest tutaj swobodne jest eufemizmem. Mimo wszystko, mi osobiście, jeździ się tutaj bardzo dobrze. Kierowcy, chociaż z pozoru szaleni, jeżdżą bardziej przewidywalnie niż niejedna polska „baba w Yarisie”. Co więcej w tym szaleństwie są bardzo ostrożni i przekraczanie pieszo dowolnej ulicy w dowolnym kierunku ostatecznie jest bezpieczne, chociaż mrozi krew w żyłach obserwatorów. Dzisiaj była okazja się trochę rozsmakować w tym szaleństwie.

Na terenie Tbilisi mieliśmy 10 punktów do obfotografowania. Nie znaleźliśmy tylko jednego. Natomiast inny - budynek biblioteki - był zamknięty, ale już tradycyjnie nie poddałem się. Z zewnątrz było widać, że w środku są pracownicy, a skoro balkon był tak nisko... Panie pracujące w bibliotece były bardzo wyrozumiałe i chętnie pokazały freski w swoim pokoju.

Odwiedziliśmy też tzw. polska górkę na najstarszym istniejącym cmentarzu w mieście. Okazuje się, że na takim pozornie końcu świata, egzotycznej Gruzji, na cmentarzu jest około 40 polskich nagrobków. W tym miejscu muszę podziękować Panu Jerzemu Szałaginowi, który pomógł nam dotrzeć do właściwych nagrobków i odnaleźć wiele rozrzuconych po mieście obiektów z polskim rodowodem. Za to na liczniku naszego VW nie przybyło tak dużo, jak ostatnio, bo pokonaliśmy raptem 260 km.

Skoro Gruzja – to jedzenie! Dzisiaj na obiad było chaczapuri. Co to jest? To rodzaj pizzy w kształcie łódki ze słonawym serem i półpłynnym jajkiem.

Skoro Tbilisi – to zabytki i atrakcje. Odwiedziliśmy kilka kościółków, byliśmy na wąskich uliczkach starówki, no i nie mogliśmy sobie odmówić łaźni. Co prawda to raptem 5. dzień wyprawy, ale mycie pod naszym prowizorycznym prysznicem do luksuów nie należy - nie są to długie gorące prysznice. Godzina spędzona w gorącej wodzie pozwoliła nadrobić pewne braki.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=28#sigProGalleriabea04263ac

Rozkręcamy się

Połykamy kolejne państwa, dzisiaj tuż po południu opuściliśmy Turcję i wjechaliśmy do gruzińskiego Batumi. Turcja pożegnała deszczem, a ostatnio musiało tam być sporo deszczu, bo przed granicą widać było jakie zniszczenia w ostatnim czasie poczynił. Zniszczone samochody, osuwiska błotne, powywracane linie energetyczne, wszechobecne błoto na ulicach. Zanim jednak opuściliśmy ziemię Ataturka zaliczyliśmy paliwowa przygodę. Pewnie tego nie wiecie, ale w Turcji paliwo jest jakieś 1,5 do 2 razy droższe niż w Polsce, w związku z tym celowaliśmy tak, aby jak najmniej tankować w Turcji no i nie ucelowaliśmy… Szczęśliwie silnik się nie zapowietrzył, a my mieliśmy na dachu ratunkową „piąteczkę” ropy.
Tym razem z granicą nie poszło tak lekko, jak do tej pory. Dziarsko pomykaliśmy w kierunku przejścia granicznego mijając kolejkę TIR-ów i autokarów. Ostatecznie, nieugięty i nieustępliwy policjant tuż przed przejściem granicznym wytłumaczył nam gdzie jest nasze miejsce w kolejce – na jej końcu. Próbowaliśmy, oczywiście, czarować go na rozmaite sposoby, powołując się nawet na rzekomo kończące się terminy ważności wiz azerskich. Ostatecznie podkuliliśmy ogony i stanęliśmy na końcu kolejki, która szczęśliwie posuwała się dosyć szybko. Podziwialiśmy rozbijające się o brzeg potężne fale (przejście graniczne jest tuż nad brzegiem morza) oraz pana handlującego w korku dywanikami (do modłów). Początkowo bardzo nas bawiło jak skutecznie udaje mu się zbywać ten towar. Trochę chyba z nudów, trochę rozweseleni sytuacją, a trochę z zadziorności, kiedy przyszła nasza kolej, rozpoczęliśmy hurtowe negocjajcie cenowe. Hmm, no i mamy po dywaniku. Pan okazał się być skłonny do negocjacji, a nam głupio było się wycofać, kiedy osiągnęliśmy satysfakcjonująca cenę.
Turcja nas pożegnała, a Gruzja powitała deszczem, ale po stronie gruzińskiej szybko padać przestało, a w miejscu deszczu pojawiła się azjatycka (bo jakaż by inna) duchota. W Gruzji na dobre zaczęła się robota. W samym tylko Batumi obfotografowaliśmy dawny kościół katolicki, nadmorskie bulwary Lecha i Marii Kaczyńskich i Twierdzę Gonio – tę ostatnią przede wszystkim z powietrza. Po wyczerpującym dniu wypadało coś zjeść, a Gruzja jest najlepszym miejscem do zaspokajania takich potrzeb. Bez ostrzeżenia zabrałem chłopaków na Targ Rybny w Batumi. Miejsce o niesamowitym folklorze, znane głównie lokalesom. System jest prosty: pół terenu to rzeczywiście targ rybny, gdzie w skrzynkach rozłożone są świeże, kompletne ryby. Kiedy klient dokona wyboru, ryba na jego oczach jest patroszona, filetowana i myta. Po czym, w foliowej reklamówce, ląduje w rękach nabywcy. No i co? Do domu na grilla, patelnię, ognisko? Nie! Idzie się na drugą część bazaru, taką bardziej restauracyjną. Przez pierwsze drzwi, nie przekraczając ich progu podaje się reklamówkę z nabytkiem, a ręka która ją przejmuje już wie co ma robić. Po kilkunastu minutach na stoliku ląduje chleb, tkemali, warzywa, a po kilku następnych minutach wjeżdża usmażona ryba. Są też pewne minusy, chociaż dla niektórych to element atrakcji. Wszystko jest zorganizowane po gruzińsku, a nad instytucją piecze sprawuje prawdopodobnie jakiś gruziński Sanepid, a w zasadzie to chyba dopiero będzie sprawował. Miejsce jest zlokalizowane specyficznie i bynajmniej nie jest to malownicza tawerna nad brzegiem morza. Owszem, do morza nie jest daleko, ale jeszcze bliżej jest do ruchliwej wylotówki, a  sąsiadami są zbiorniki pełne azerskiej ropy. Na początku chłopaki byli przestraszeni, ale ostatecznie wczuli się i rozsmakowali do tego stopnia, że owa relacja powstaje na stoliku przy rybce.
Czas kończyć, bo rybka lubi pływać, więc jeżeli zgodnie z planem chcemy dzisiaj nocować w  Kutaisi to czeka mnie jeszcze 150 km.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=28#sigProGalleria42dd8788e8

Śniadanie w Polonezie

Na owe śniadanie była bułka turecka, kiełbasa krakowska, wszystko popijane tureckim ajranem (tur. ayran – mieszanka jogurtu i wody).

Podchwytliwy tytuł oczywiście ma na celu zaintrygowanie czytelnika, że niby chodzi o FSO Polonez, w którym to śniadaliśmy, a tymczasem rzecz się miała we wsi Polonezköy zwanej również Adampol lub skrótowo Polonez, a leżącej na dzisiejszych obrzeżach Stambułu. Powoli zaczynamy kolekcjonować odwiedziny w „polskich wsiach” rozrzuconych po świecie… no, dobra, w Azji. (Wierszyna)

Co to jest Polonezköy: to polska wieś założona przez księcia Adama (stąd nazwa) Czartoryskiego i Michała Czajkowskiego w 1842 roku. Pierwotnie ustanowiona jako schronienie dla potłuczonych przez powstańczy los Polaków (oczywiście chodzi o Powstanie Listopadowe). Do dzisiaj z tej polskości dotrwało niewiele. Porównując do Wierszyny na Syberii - bo nie sposób się w tym miejscu nie zrobić takiego odniesienia - w Polonezie z łatwością można odnaleźć polskie ślady architektoniczne i budowlane, ale dużo gorzej jest z polskim duchem. Agresywna turystyczna przedsiębiorczość turecka dała Adampolowi świecące neony restauracji, pensjonaty i hotele. Jedynym delikatnym akcentem, który zresztą nie rzuca się szczególnie w oczy, jest budynek dawnego kościoła katolickiego, cmentarz i izba pamięci „cioci Zosi” (Dom Pamięci Zofii Ryży). Nie są to jednak atrakcje stojące frontem do klienta. Ich gospodarz, właściciel kilku hoteli w miejscowości, jako zabiegany biznesmen, jest akurat „gdzieś w Turcji” i w związku z tym wyżej wymienione obiekty - poza cmentarzem - są zamknięte. Ale nie po to Polak jedzie ponad 2000 km żeby sobie na kościół przez płot popatrzeć! Cel uświęcił środki i płot przeskoczyłem. Co prawda kościół nadal pozostał zamknięty, ale park wokół niego wraz z pamiątkowymi tablicami udało się sfotografować. Z izbą pamięci już się tak nie udało.

Wymieniając polskie akcenty trzeba wspomnieć jeszcze o ulicy Adama Mickiewicza, który to żywota dokonał właśnie w Stambule. Na centralnym skwerze we wsi, gdzie w towarzystwie kilku bezpańskich psów będących istną plagą Stambułu, spędziliśmy noc, jest jeszcze popiersie księcia Czartoryskiego i tablice informacyjne o miejscowości z adnotacją, że w 1937 roku wieś wizytował sam Ataturk. Tablice informują również, że mieszkańcy wsi kultywują polskie tradycje i język. My tego nie stwierdziliśmy. Podsumowując: nie jest to chicagowskie Jackowo lat '90.

Skoro padły takie nazwy, jak Polonezköy, Stambuł, Turcja, oznacza to, że plan z poprzedniego wpisu udało się zrealizować. Łącznie wczoraj pokonaliśmy wyczerpujące 1321 km, przekroczyliśmy dwie granice i zmieniliśmy kontynent – pozdrawiamy z Azji!

Jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów do planowanego noclegu w Samsun nad Morzem Czarnym.

Tytułem obserwacji socjologicznych: po pokonaniu już łącznie prawie 1000km po Turcji stwierdzamy, że:

  •     w Turcji nie pada, więc na motocyklu kask nie jest potrzebny (również na autostradzie),
  •     udaje nam się jak na razie lansować globalizacyjne trendy i posługujemy się bez problemu euro (w ogóle jak dotąd nie kupiliśmy żadnej lokalnej waluty),
  •     Turcy są bardzo dumni ze swoich symboli państwowych i w każdej, nawet średniej, miejscowości jest maszt z ogromną flagą,
  •     tureccy kierowy nie są wyrozumiali dla osiągów Chinobusa i skutecznie odświeżają nam definicję nanosekundy, wykonując w ostatniej chwili manewry omijające,
  •     trochę nas niepokoi, że nie rozumiemy systemu opłat za autostrady: funkcjonuje tu coś między systemem automatycznym i bramkami. Pierwszy typ bramek ewidentnie rejestruje nasz wjazd na autostradę, a drugi nawet przez ułamek sekundy wyświetla jakąś kwotę, jednak nie udało nam się odkryć, co mamy z tą informacją zrobić, gdyż bramki pozwalają na swobodny przejazd, a w okolicach nie ma żywej duszy,
  •     wracając jeszcze myślami do granicy tureckiej: ciekawym było, gdy panowie pogranicznicy podjęli próbę kontroli naszych bagaży. Po zajrzeniu do bagażnika ich lenistwo zwyciężyło ciekawość.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=28#sigProGalleria39324af0b7