Mozaika (i) Daewoo

Wczoraj wieczorem, jak na nas to nawet nie taki późnym, dotarliśmy do Chiwy. Zanim poszukaliśmy ustronnego miejsca na nocleg, połaziliśmy trochę po pustym, starym mieście. Jak na standardy uzbeckie - starówka jest bardzo ogarnięta. Nawet iluminacja jest!

W dzień cała starówka zaczęła zdecydowanie żyć. Jak na liczbę turystów, jaką tam spotkaliśmy, mnogość straganów jest ogromna. Generalnie, starówka jest bardzo ładna: sieć niepowtarzalnych uliczek, na elewacjach kolorowe mozaiki. Trochę brakuje tam jednak mieszkańców. W czasie naszej pierwszej, nocnej wizyty zauważyliśmy raptem kilka zamieszkanych budynków i były one raczej na jej obrzeżach.

Jest tylko jeden problem – problem z dojazdem. Skoro to starówka, taka wielka atrakcja turystyczna Uzbekistanu, to szkoda, że aby tam dojechać trzeba mieć zawieszenie samochodu oparte o kosmiczne technologie. Z drugiej strony, tutejsza flota, z tego co widać, w kosmiczne technologie wyposażona nie jest.

Teraz będzie motoryzacyjne. Po Uzbekistanie jeżdżą w zasadzie tylko Daewoo / Chevrolety. Pula modeli jest ograniczona do około pięciu, przy czym dominują dwa: Nexia i Damas. Ten pierwszy przeszedł małą kosmetykę w stosunku do wersji znanej z polskich dróg. Natomiast Damas jest nam zupełnie nieznany, a tutaj stanowi podstawę transportu publicznego. Mieści niezliczoną ilość pasażerów w karoserii niewiele większej niż Tico. Damas zazwyczaj porusza się po tutejszych duktach bardzo dziarsko. Łady, Wołgi i Moskwicze stanowią w krajobrazie Uzbekistanu margines, więc ulice wyglądają bardzo monotonnie. Tym bardziej, że ¾ samochodów jest biała i różnią się tylko kształtem.

A propos dróg, to niewiele się poprawiło. Odkryliśmy dzisiaj kawałek autostrady, kilkadziesiąt kilometrów za Chivą w kierunku Buchary. Autostrady jest około 130 km i drugie tyle jest w budowie. Cały ten docinek wiedzie przez pustynię, co prawda lekko zarośniętą, ale jak na taki dystans to widok bardzo nudny. Jak to z pustynią bywa, temperatura też była nieprzyzwoita. Nasze pomiary sugerowały około 40 st.

Coraz śmielej odnajdujemy się w systemie zaopatrzenia w paliwo. Wyrabiamy sobie intuicję gdzie da się nabyć ten pożądany produkt. Umownym znakiem jest butelka ustawiona przy drodze. Tak, po prostu butelka: po wodzie, coli, itp. Żeby nie było tak prosto - to nie zawsze jest butelka! W punktach, które są oczywiste dla Uzbeków, nie ma żadnej podpowiedzi. I tu właśnie przydaje się intuicja. W takich nieoficjalnych punktach dystrybucji paliwa cena jest bardzo płynna. Jako obcokrajowcy, zazwyczaj najpierw słyszymy cenę zupełnie od czapy. Nauczyliśmy się jednak, że takie propozycje trzeba negować, a następnie wysuwać swoją, równie od czapy, po to, by spotkać się w rozsądnym punkcie. Nic nadzwyczajnego, zwykłe targowanie się, ale jednak na Orlenie nie robi się tego codziennie.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=21#sigProGalleriafe56a1f561

Uzbekistan

to kraj, w którym będąc milionerem nie można kupić litra oleju napędowego. Wczoraj wieczorem, po 7 godzinach oczekiwania, przekroczyliśmy granicę z Uzbekistanem.

Impulsem do przepuszczenia nas bez kolejki był przejazd przez bramę przejścia granicznego samochodu z trumną na dachu. Pełną. Jackowi udało się przemówić do rozsądku pograniczników i wytłumaczyć im, że kolejka jest dla przygranicznych mrówek, a nie dla podróżników i zaraz za trumną przejechaliśmy i my. Sądząc po ładunkach jakie wiozły samochody oczekujące na przejazd razem z nami, Uzbekistan jawił się nam jako Trzeci Świat. Było wszystko: rowery, zabawki, meble, materiały budowlane, AGD, elektronarzędzia, a nawet gotowe do montażu schody.

Pierwsze 150 km po Uzbekistanie nie napawało entuzjazmem. Na tym dystansie nie było nic, zupełnie nic. Skrzyżowania były tyko dwa i na tym drugim zdecydowaliśmy się odjechać trochę od głównej drogi i zanocować. W absolutnej ciszy i ciemności podziwialiśmy z oddala nadchodząca burzę. Dla mieszkańców okolic Bajkonuru od dawna jest znana prawidłowość - startuje rakieta, za dwa, trzy dni będzie burza. Zadziałało i tym razem. Rano dokładnie mogliśmy obejrzeć okolicę. Nie były to długie oględziny. Wokół nie było absolutnie nic, tylko step.

Po kilkudziesięciu kilometrach dowlekliśmy się do jako takiej cywilizacji. Pojawiła się też potrzeba tankowania. Pierwsza, druga, trzecia stacja benzynowa i nic, tylko benzyna albo metan. Postanowiliśmy rozpytać - stojących na postoju jak taksówki - kierowców ciężarówek.

W byłym ZSRR bardzo popularne są dwa modele samochodów ciężarowych: Ził (najczęściej charakterystyczny biało-niebieski) lub Kamaz. Ten pierwszy, fabrycznie zasilany był benzyną, a obecnie po modyfikacjach większość pracuje na metan. Ten drugi, na nasze szczęście to ropniak. Dzięki temu udało się odkupić 30 litrów ropy. Przy okazji podpowiedziano nam, że na stacjach to w zasadzie nie mamy czego szukać. Najlepiej rozpytywać o ropę w przydrożnych barach albo specjalnych stoiskach z butelkami pełnymi tego, co zwykle kupuje się na stacji. Dziwaczny ten system. Z nienasyconym bakiem pojechaliśmy właśnie do takiego baru. I bingo! Nawet z usługą tankowania. Cena litra ropy w takim obiegu to około 80 centów USD. Nie jest to może to, co w Kazachstanie, ale tragedii nie ma.

Będąc we wspomnianym barze postanowiliśmy również skorzystać z pozostałych świadczonych tam usług czyli kantoru. Oficjalny kurs sumów (chyba tak się odmienia) to około 2400 za 1 USD natomiast w nieoficjalnym za 1 USD dostaliśmy 4500 sumów. Nie pomyliłem się w zerach! Najmniejszy nominał, a zarazem chyba jedyny to 1000. Szybko licząc, jeżeli wymieniliśmy 100$ w zamian dostaliśmy 450000 sum, w banknotach po 1000 – patrz zdjęcie. Były zresztą elegancko popakowane po 100 000. Uwierzyliśmy, że się zgadza. Za średniego arbuza trzeba zapłacić 3000 sum. Wymieniając 300$ można zostać milionerem, ale ze sporym kłopotem, bo w zamian otrzymuje się ilość banknotów mieszcząca się tylko do plecaka.

Główne drogi w Uzbekistanie są w przyzwoitym stanie, chociaż zdarzają się krótkie, kilkunastometrowe odcinki koszmarnie dziurawe. Gorzej jest z drogami „pomarańczowymi”: tutaj Vmax to 30 km/h. Zaczynamy się obawiać o nasze ogumienie i zawieszenie. Nerki i tak już dawno mamy zstępujące. Póki co, wszystko dobrze znosi wstrząsy samochodu, chyba najciężej ma komputer. Hyperbook po kilkanaście godzin dziennie pracuje jak na wirującej pralce i ani jęknie.

Dawno już przez nas nie spotkany wynalazek w Rosji zwany GAJ, w Uzbekistanie jest aktualny. To przydrożne stałe komisariaty policji drogowej. Przed każdym stoi znak stop, ewentualnie jest też szlaban. Niestety, na każdym funkcjonariusze nas zatrzymują, a to pochłania i ślinę na wytłumaczenie atkuda i kuda oraz cenne minuty. Cenne tym bardziej, że z czasem, po perturbacjach okołopromowych, wg planu jesteśmy na styk. Na Uzbeckich GAJ-ach zdążają się propozycje korupcyjne. Sławek zafundował nam dzisiaj ekstra pogawędkę z policjantami. Przekroczona prędkość w zabudowanym. Na szczęście panowie bardzo zaciekawieni naszą wyprawą odpuścili mandat.

Poza dziurami w drogach w Uzbekistanie problemy infrastrukturalne są widoczne gołym okiem. Dzisiaj mieliśmy okazję przejeżdżać po najprawdziwszym moście pontonowym. Prowizorka jak się patrzy i to już solidnie przeterminowana!

Uzbeczki i Uzbecy mają coraz bardziej azjatycką urodę. Przeciętnie są europejskiego wzrostu, mają czarne sztywne włosy, płaskie twarze, skośne oczy i charakterystyczną suchą budowę ciała. Bardzo estetycznie wyglądają młodzi mieszkańcy Uzbekistanu. Do szkoły chodzą ubrani na biało-czarno. Nie w jednakowych mundurkach, ale w równym stopniu zdyscyplinowani. Wyraźnie nie koresponduje to z tutejszym bałaganem.

Janek

 

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=21#sigProGalleria4f693ca247

 

Cisza

Informujemy  szanownych  czytelników  niniejszego  bloga, że brak relacji  nie wynika  z naszych zaniedbań czy problemów naszych drogich podróżników. Chociaż, owszem, jest jeden problem: brak zasięgu internetu w Uzbekistanie  Z tego właśnie powodu nie ma nowych relacji, ale mamy informację, że u chłopaków wszystko w porządku i że brakujące relacje zostaną uzupełnione.
Cierpliwości.

Administratorzy www.chiny2015.pl

=================

Kryzys

Na szczęście jeszcze nie interpersonalny, ale znowu plany legły w gruzach.
Z zamierzonej granicy wyszły nici.
Przede wszystkim zaskoczył nas stan infrastruktury w Kazachstanie. To, że drogi są tu słabe wiedzieliśmy już wcześniej, ale nie przypuszczaliśmy, że jest aż tak źle. Momentami nasza prędkość spadała poniżej 10 km/h. W takim tempie nie ma szans na jakikolwiek wynik, nie mówiąc już o dobrym.

Drugim, co nas zaskoczyło w Kazachstanie, to problem z nabyciem paliwa. To przede wszystkim kryzys paliwowy zmusił nas wczoraj do zatrzymania się. Udało nam się na oparach doczłapać do parkingu dla TIR-ów, gdzie rano mieliśmy nadzieję wysępić parę literków ON. Tylko co tu zawinił Kazachstan? Zawinił to może nie, ale zaskoczył, bo nie przypuszczaliśmy, że dziura między stacjami benzynowymi może wynosić ponad 400km!

Rano udało się wymienić naszą ognistą wodę na 15l ropy. To jeszcze nie było wszystko, co było nam potrzebne więc tylko trochę spokojniejsi jechaliśmy dalej. Mapa wskazywała, że około 40 km przed nami są 3 stacje benzynowe. I tu kolejny kryzys: kryzys dostaw. Na 3 stacje tylko jedna miała ropę. A skoro miała monopol to była ona 10% droższa. To nie powód do paniki, bo cena litra ON w Kazachstanie to przeciętnie około 90 Tenge, a za 100 Tenge trzeba zapłacić około 1,20 PLN.

Zatankowaliśmy 7/8 baku za wszystko, co mieliśmy i rura na granicę. Tylko że przed nami znowu 80 km po wyboistym stepie miejscami wysypanym żwirem. Odprawa po stronie Kazachskiej poszła przeciętnie szybko, chociaż porównując tę wjazdową, to można powiedzieć, że piorunem.
No i się zaczęło. Od czterech godzin (w momencie pisania relacji) stoimy w kolejce w strefie buforowej.
Uzbecy na swoje przejście graniczne wpuszczają zawrotne 2-3 samochody na godzinę. Już przez ażurową bramę widzimy, co nas czeka. Wypakowywanie całego dobytku, obwąchiwanie przez psy, a to pewnie jeszcze nie wszystkie atrakcje, które są przed nami. To, że Uzbekistan to wyjątkowo dziwny kraj, to też wiedzieliśmy przed wyjazdem i mimo że jeszcze tam nie wjechaliśmy, to już przynajmniej częściowo to potwierdzamy. Na razie w kolejce zdążyliśmy się wyspać, ugotować obiad, pogadać z kolejkowymi handlarzami i chyba już wszystkimi współkolejkowiczami.

Janek

P.S. Tuż przed wysłaniem relacji coś drgnęło. Uzbeccy pogranicznicy zlitowali się nad losem podróżników ginących w tłumie mrówek.

 

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=21#sigProGalleriab808ca1ae5

 

Nie tak szybko

Poprzednią relację zakończyłem snuciem planów o rychłym ponownym połączeniu się składu wyprawy. Założenie, że tak się stanie, oparłem oczywiście o doświadczenia funkcjonowania portów, ale nie tych azjatyckich. To był błąd.
Statek, owszem, dopłynął do portu o czasie. Z okolicy mostku mieliśmy nawet przyjemność, za przyzwoleniem kapitana, obserwować sam manewr wchodzenia do portu. Cała operacja odbyła się z honorami, które nie pasują do opisywanego wczoraj ogólnego klimatu na statku. Na dziobie była bowiem flaga Kazachstanu, a z nabrzeża przywitał nas hymn Azerbejdżanu.
Po tym wszystkim nastąpiła odprawa. Wszyscy zeszli do kajut. Po chwili pojawili się pierwsi mongoidalni mundurowi, rozdali karty imigracyjne, a następnie po kolei, pojedynczo stawialiśmy się przed służbistką z kontroli granicznej. Pieczątki w paszporcie już są, więc co? Idziemy po samochód i chodu. Tak, to by było za pięknie!
Z nabrzeża odebrał wszystkich pasażerów (w tym nas) bus i zawiózł do budynku terminala. Tam dosyć szybko okazało się, że Waldek musi wracać na prom po samochód. Po co zatem cała operacja wożenia nas tym busem? To już na zawsze pozostanie tajemnicą. W czasie kiedy Waldek wracał po samochód dotarły do nas bardzo złe wieści. Zanim samochód wjedzie do Kazachstanu, czyli przekroczy szlaban portu, musimy wnieść opłatę za… w sumie nie wiadomo za co, ale w kwocie 20$. Ok, mamy, nie ma problemu. A jednak problem jest, bo kasa w porcie będzie czynna dopiero jutro od 9:30. My możemy port opuścić, proszę bardzo, ale samochód zostaje. Taką samą sytuację miało dwóch Gruzinów podróżujących drugim obecnym na promie samochodem. Do naszej wesołej ferajny dołączyły jeszcze dwie Brytyjki, którym nie było szczególnie na rękę rozpoczynać kolejny dzień jazdy rowerem po zmierzchu.
Tak więc, ostatecznie, w 7 osób wylądowaliśmy na asfaltowym pustkowiu w porcie pod bacznym okiem strażnika na wieży, między dwiema bocznicami kolejowymi. Przed wyjściem z budynku terminala dostaliśmy jeszcze reprymendę o zakazie chodzenia po porcie w sandałach i krótkich spodenkach! Jak mogliśmy o tym nie wiedzieć?! Przecież to zakaz narzucony przez naczelnika portu!
Dalsza część wieczoru nie mogła potoczyć się inaczej jak się potoczyła. Był nasz stół, krzesła i konserwa. Gruzini w posagu wnieśli czaczę i kiełbasę, a Brytyjki ciastka. Niepokojące było to, że czaczy były dwa kartony.
Po około godzinie dołączył do nas jeszcze sierżant portowej straż granicznej, znany naszym kaukaskim druhom z wcześniejszych pobytów w Aktau. Sierżant nie pił i nie spożywał świniny, za to szybko wypatrzył naszą colę. Poratowaliśmy Brytyjki jednym z naszych namiotów, bo ich namiot można było rozstawić tylko z użyciem śledzi, a w tym przypadku byłoby to możliwe jedynie z użyciem dynamitu lub młota udarowego. Ostatecznie, najdłużej biesiadowali Amiran z Waldkiem. Mogli sobie na to pozwolić, bo i tak do 9:30 mogliśmy smacznie spać. O całym zamieszaniu związanym z opuszczeniem portu poinformowaliśmy ekipę lotniczą. Chłopaki też nie byli szczególnie zachwyceni z takiego obrotu sprawy, w końcu oznaczało to dla nich przekoczowanie na lotnisku przynajmniej do rana.
Około 9:00 znany nam od wczoraj pogranicznik dyskretnym sygnałem ręki zaprosił kierowców do siebie. Waldek i obaj Gruzini uzbrojeni w dokumenty wozów zniknęli za rogiem jednego z portowych budynków. Po około dwóch godzinach ich nieobecności zaczęliśmy się z Jackiem poważnie denerwować. Waldek wrócił po ponad dwóch godzinach bogatszy o plik papierów i biedniejszy o 20$.
Podjechaliśmy do bramy - tutaj pierwsze rozczarowanie. Do opuszczenia portu brakuje nam kilku pieczątek. Pozbieranie ich zajęło nam kolejne kilkanaście minut, aż wreszcie po 12:00 wyjechaliśmy z portu w kierunku lotniska. Darek i Sławek wyglądali nas z takim utęsknieniem, że zanim daliśmy im znać, że jesteśmy już pod portem, zdążyli wybiec do nas sami. Historyjkami wymieniliśmy się już podczas drogi do Fortu Szewczenko. Noc, którą my spędziliśmy na promie, Sławek i Darek spędzili w hostelu w Baku. Okazało się tam jednak, że meldunek nie jest potrzebny przy pobycie do 10 dni. W dniu wylotu pojechali z nudów na lotnisko dużo za wcześnie, a mimo to prawie spóźnili się do odprawy. Następną noc, w wyniku niezaplanowanego przestoju na lotnisku, przekoczowali, trochę jak nomadzi, albo kloszardzi kryjąc się przed wzrokiem i niezręcznymi pytaniami ze strony pracowników.

Po połączeniu sił ruszyliśmy po północ, a później na wschód Kazachstanu, w kierunku granicy z Uzbekistanem. Tym razem nie będę się spieszył z określaniem prawdopodobnego miejsca naszego noclegu, bo droga właśnie się skończyła. Wleczemy się 15 km/h po objeździe. Chcielibyśmy dzisiaj dotrzeć do granicy z Uzbekistanem.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=21#sigProGalleriad5c8646f47

Morskie fale!

Kulturalna, uprzejma obsługa, własna kajuta z prysznicem i toaletą, smaczne jedzenie serwowane w okrętowej mesie, wyborne towarzystwo, rozrywka zapewniona przez załogę statku.Tak to może i jest na Queen Mary, ale nie dla nas takie luksusy. My przecież nie jesteśmy jakimiś turystami, tylko podróżnikami. A przede wszystkim nie pływamy między jedną a drugą wyspą karaibską.

Ale po kolei.

Jak już wiecie, wczoraj Waldek, Jacek i ja wjechaliśmy na prom z Baku (Aljaty) do Aktau. Prom wypłyną około 21:00 czasu lokalnego (+3 względem Polski) i do celu ma dotrzeć po około 24 godzinach. Jak wygląda życie na promie?

Kulturalna uprzejma obsługa – Wika w kasie powiedziała, że oprócz biletów, które opłaciliśmy u niej, będziemy musieli zapłacić w porcie jeszcze 15$ opłaty portowej. I rzeczywiście, tuż przed grodzią promu pojawił się człowiek, który owe 15$ skasował. Co prawda, najpierw powiedział 50$, po chwili poprawił się na 20$, a na wyraźny komunikat od Jacka, że informowano nas o 15$, ustąpił. Tyle, że potem pojawiło się kilku następnych, którzy też podawali się za inkasentów owej opłaty. Co więcej, opłata urosła.
Najpierw pojawiło się pytanie ile zapłaciliśmy u Wiki. Siedemset trzydzieści dolarów, a skoro jest nas trzech, tzn. po przeprowadzeniu rachunku 730-110*3 wynika, że samochód ma 4 metry.
Chwilę później usłyszeliśmy, że rzekomo źle nas poinformowano, bo 15$ to jest opłata za metr samochodu czyli musimy zapłacić 45! Oczywiste braki w matematycznym rozumowaniu podkopały wiarygodność inkasenta. Olaliśmy go, a kwestia opłaty zniknęła jak za dotknięciem różdżki, kiedy tylko pojawił się kapitan.
Własna kajuta... – kiedy wjechaliśmy na prom obsługa zaprowadziła nas do kajuty. Kajuta nr 4, w środku dwie piętrowe koje, razem cztery łóżka i nieprzyjemny zapach jej lokatora. Każdy z nas w duchu się zmarszczył, ale z dodatkowym lokatorem trzeba było się liczyć, skoro było nas 3. Po krótkiej ścince z etażową, lokator się wyprowadził, bo okazało się, że był pracownikiem promu. Smrodu zapomniał zabrać ze sobą.
Równolegle negocjacje lokalowe prowadziły dwie Angielki, które na prom przyjechały na rowerach. Jakież było ich zaskoczenie, że:
a) mają do dyspozycji jedno miejsce,
b) na promie nie ma oddzielnie kajut męskich i damskich,
c) po chwili negocjacji ustalono, że mogą ewentualnie mieć dwa miejsca w różnych kajutach.

Trochę zniechęcony klimatem panującym w kajucie, trochę w trosce o dobro pozostawione w samochodzie i trochę z przywiązania do hamaka, zadeklarowałem chęć odstąpienia mojej koi jednej z nich. To wyraźnie jednak ich nie uspokoiło. Czy Jacek i Waldek wyglądają aż tak groźnie? Dokładne oględziny kajuty przyniosły kolejne szokujące fakty. Łazienka jest zamknięta!
- Tak, tak –   informuje pani etażowa – ona jest zepsuta i nie działa.
- Jak to?
- Na korytarzu jest ogólnodostępna, ona jednak nie jest wyposażona w prysznic.

Po raz kolejny potwierdza się: kto ze sobą nosi, ten się nie prosi. Dziękujemy, Webasto!

Smaczne jedzenie… - smaczne to może i jest, ale za to ilość i proporcje są komiczne. Zupa jak zupa, trochę wodnista, ale da się zjeść. Za to drugie danie na kolację, mmmm... podsmażane ziemniaczki i podsmażane ziemniaczki i podsmażane ziemniaczki, a nie, nie, jest tu coś jeszcze! O! Skrzydełko kurczaka, jedno, słownie jedno! Do tego herbata i znana już z Gruzji oranżada estragonowa. A i chleb w koszyku na stałe umieszczonym w foliowym woreczku tak ciasnym, że wsadzenie tam ręki jest prawie niemożliwe. Może to i dobrze, bo nie ma co grzebać. Chleb tak twardy, że bez moczenia w zupie nie pójdzie. Czas na zjedzenie posiłku iście sprinterski, bo pani etażowa nie będzie potem zmywać po nocach.
Gdy po kolacji poszliśmy na obchód jednostki, wyszła na jaw straszna prawda. Obsługa ma lepiej! Oprócz wymienionych składników mają do dyspozycji warzywa i to dwa rodzaje, ogórki i pomidory. Poza tym, zamiast skrzydełka jest udko. Coś mi podpowiada, że chleb też jest świeższy.

Śniadanie: masło, gruby plaster białego sera i… nutellopodobne smarowidło. Chleb ten sam – tylko w gorszym stanie. A, zapomniałem wspomnieć, że ten zestaw był na nas trzech (jest na zdjęciu), za to do śniadania nie było talerzy. W zamian można posiedzieć trochę dłużej, bo zmywanie nie pili. Obiad jak kolacja, chleb ten sam.

Wyborne towarzystwo... - jest dwóch Gruzinów jadących z pociągiem-chłodnią pełnym zamrożonych amerykańskich udek kurczaków. Udają się do Uralska. Są wspomniane dwie Brytyjki na rowerach jadące do Hong Kongu. Jest Hiszpan, który rzucił korpo i jeździ po świecie nurkując i wspinając się od czasu do czasu. Jest Gruzin jadący samochodem i jesteśmy my trzej. I chyba tyle, chociaż pewności nie mam.

Rozrywka zapewniona przez załogę statku... – nie ma dancingów, nie ma grania do kotleta, nie ma kasyna i tym podobnych. Jest za to prawie 100% swoboda. Bez większych problemów Jacek załatwił nam wejście na mostek i w zasadzie mogliśmy tam robić, co chcieliśmy. Obsługa bardzo chętnie wytłumaczyła do czego służą konkretne urządzenia, pozwoliła nam zrobić sobie zdjęcie za sterem, a rano Jacek nawet przez chwilę sterował: 5 st. w prawo, 5 st. w lewo. To jeszcze nic. Obsługa naprawdę nas zaskoczyła dopiero później.
Kurczak na kolację, kurczak na obiad... skąd ten kurczak? Z zamrażalnika, przecież oczywiste. Otóż nie!
Nasz rejs jest stosunkowo krótki, ale rządzi się prawami podobnymi do tych na osiemnastowiecznych żaglowcach. Jedzenie chodzi po statku tak długo, aż będzie potrzebne! Tak, na statku jest kurnik (za tą kratą po lewej stronie od busa).
Po obiedzie trzech marynarzy rozłożyło na pokładzie niewielki karton i przyniesionym długim nożem rozpoczęli pokazowy ubój rytualny. Pod topór poszły cztery kurczaki. Straciły życie w sposób tradycyjny, bez ogłuszania, wykrwawiając się na wspomniany karton. Po wszystkim, jeszcze lekko wierzgające, wylądowały w reklamówce, a ta zapewne w rękach etażowej. Nie ma się co dziwić. Płyniemy z jednego muzułmańskiego kraju w Azji do drugiego.

Poza tym, czas na promie przeznaczyliśmy na nadrobienie braków w księgowości, sprzątanie i małe pranie. Ciekawe, jakie przygody mieli chłopaki-lotniki. Tego dowiemy się za jakieś 4 godziny. Wtedy mamy nadzieję odebrać ich z lotniska w Aktau. Plan na dzisiejszą noc to Fort Szewczenko.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=21#sigProGalleria43f668867e

Wszystko się kiwa

Nie, nie tylko prom.
Przede wszystkim, my się kiwamy, między naszą noclegową plażą, a portem, a konkretnie Panią Wiką.

„Przyjdźcie za godzinę, za piętnaście minut, może jutro” itd. itd.

Ta kobieta robotę ma straszną. Jeżeli tylko my, od dwóch dni, byliśmy u niej w różnych konfiguracjach osobowych ze 30 razy, a na prom chce się załapać kilkanaście osób, to ona musi przeżywać mordęgę. Trochę zrezygnowani, a jednocześnie silnie zdeterminowani, zaczęliśmy się nawet skradać koło niej z małym podarunkiem. Zacząłem ja, od 20, ale jakoś nie byłem przekonany, czy to coś da. Potem próbował Jacek, że poważniejszy, ale tym razem nie było płaszczyzny do rozmowy. Potem podarunek urósł o 30. W ten sposób słownik, który był narzędziem wspierającym komunikację, też odwiedził Panią Wikę kilkanaście razy.
Ostatecznie okazało się, że jej intencje są czyste i nie wykorzystuje stanowiska dla prezentów. Co mogła - załatwiła. Postawiła sprawę krótko: tolka maszina i wadzitiel, a reszta samolotem. Podpowiedziała nawet, że samolot lata dwa razy dziennie (co akurat nie jest do końca prawdą bo zależy od dnia). Dobra, bierzemy, co jest.
Za jakiś czas okazało się, że jest jeszcze jedno miejsce. Płynie Waldek i Jacek.
Koło portu od rana zaczęli się też kręcić czterej Niemcy, którzy przyjechali wozem strażackim. Oczywiście, odpowiednio zmodyfikowanym i na pewno bardzo zasłużonym. W porcie, ma się rozumieć, byli po to samo, co my. Jednak nie bardzo podobała im się opcja rozdzielania się i nie zdecydowali się płynąć tym razem tylko poczekać na następny prom. Osobiście uważam, że to słaba decyzja, jest wielce prawdopodobne, że na następnym promie sytuacja będzie taka sama i tą metodą mogą się nie doczekać. Jednak dzięki ich wycofaniu się, ja też płynę.
Całe to zamieszanie i wyczekiwanie na prom bardzo negatywnie odbiło się na licznie robionych zdjęć. Próbowaliśmy nawet między jednymi, a drugimi odwiedzinami u Wiki, wyskoczyć na miasto i strzelić kilka kamieniczek, ale bezskutecznie. Nie było rady: prom jest priorytetowy.
Ostatecznie Wiki upchnęła nas trzech i samochód na promie, a Darek i Sławek lecą samolotem. Najbliższy jest jutro o 21:00. Przez ten czas muszą zameldować się  w hostelu, bo dzisiaj o 23 upłyną 72 godziny, w ciągu których nie trzeba się meldować. Hostel jest im więc potrzebny i dla formalności i żeby nie spędzić nocy na ławce w parku. Okazuje się, że bilet lotniczy jest tylko nieznacznie droższy niż bilet na prom. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to my powinniśmy dopłynąć do Aktau kilka godzin przed chłopakami-lotnikami.
W drodze do Aliaty (port około 70 kilometrów za miastem, skąd odpływają promy do Kazachstanu) odstawiliśmy chłopaków w okolice hostelu, ja obleciałem kilka kamieniczek w celach fotograficznych i zajechaliśmy jeszcze raz (byliśmy tu już wczoraj bezskutecznie) do zatoki Bibi-Ejbat poszukać grobu inżyniera Pawła Potockiego. Tym razem się udało.
Krajobraz byłej morskiej zatoki jest niesamowity – cały się kiwa. Ociężale, ale skutecznie pracują pompy na chwałę i bogactwo Azerbejdżanu. Są ich setki, porozrzucane bez żadnego porządku i powstają następne. To, że Azerbejdżan ropą stoi jest jasne ponad wszystko. Co tylko może nawiązuje w kształcie lub kolorze do płomienia, szybu naftowego, kropli itp. Najlepiej jeżeli uda się w to wpleść trzy azerskie barwy narodowe - wtedy jest super!
Wracając do grobu, istotnie  ostatnia wola Pawła Potockiego została wypełniona. Chciał on bowiem spocząć na terenie zatoki, którą swoją ciężką, inżynierską pracą wyrwał morzu. Azerowie wywiązali się w 100%. W końcu to pośrednio dzięki niemu dzisiaj stać ich na taki przepych w Baku.
Tymczasem my już pakujemy się na prom. W samym porcie wszystko poszło bardzo sprawnie i po raz kolejny okazało się jak mały jest świat. Pogranicznik w porcie zna polski, bo był na rocznym kursie w Kętrzynie. O samym promie i tym co się na nim działo, jak żyło, napiszemy już po dobiciu do brzegu w Aktau.

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=21#sigProGalleriaf96df1856c