Glina

Po dzisiejszym dniu możemy już powiedzieć, że coś o Kaszgarze wiemy.

Był jedynym - na całym Jedwabnym Szlaku – miejscem, gdzie spotykali się wszyscy. Kaszgar został przez Jedwabny Szlak ulepiony. Oczywiście, możemy sobie tylko wyobrażać jak powstawało to miasto, ale z pełną odpowiedzialnością możemy powiedzieć, że na całej naszej trasie (jak do tej pory) nie było tak wyjątkowego miasta.

Nie jest to miasto duże, zwłaszcza jak na chińskie standardy, nieco ponad 300 tys. mieszkańców. Powierzchnia też nie powala. Spokojnie dzisiaj obeszliśmy dookoła szeroko pojęte centrum. Na obrzeżach nowoczesność. Autostrady, blokowiska, nowoczesne budowle użyteczności publicznej. W środku koncentrycznego układu urbanistycznego Stare Miasto. „Stare” to za dużo powiedziane. Stara część miasta jest sukcesywnie wyburzana i odbudowywana. Z autentycznie najstarszej części zachował się już tylko fragment.

Jest to zabudowa wyjątkowa. Stary Kaszgar był zbudowany z gliny pomieszanej ze słomą z elementami drewnianymi. Z gliny powstawały cegły, z nich z kolei powstawało coś, co w Europie nazwalibyśmy murem pruskim. Taka konstrukcja była tynkowana przy użyciu masy z gliny i słomy. Całość ma więc jednolity kolor i wynikający z ograniczeń technologii kształt. Zabudowa jest w przeważającej większości parterowa. Gdzieniegdzie pojawiają się stropy – drewniane pokrywane, oczywiście, posadzką z gliny. Do tego dochodzą naturalne nierówności terenu i swobodne podejście do wyznaczania granic nieruchomości. Domy, kamienice - jak je zwał, tak je zwał - są małe i raczej ciasne. Z pewnością nie można o nich powiedzieć, że są zadbane. Władzy niespecjalnie widać odpowiadał taki stan rzeczy i - jak już wcześniej wspomniałem – władza wyburza i odbudowuje starówkę. Zabudowa nowej starówki jest oparta na współczesnych technologiach z elementami imitującymi pierwotny wygląd.

Mentalności ludzi jednak nie da się zmienić. Nowe budynki są z powodzeniem kolonizowane po staremu. Przed umiejscowionym na parterze warsztatem kowalskim stoi przywiązany koń. Gdzieś indziej, przed szaszłykownią, czeka na swój czas owca. I tak dalej. Nie ma tu wylansowanych kameralnych hotelików i knajp. Wszystko jest użytkowe, nie ma w zasadzie nic pod turystów. Tych w Kaszgarze jest bardzo mało i większość już znamy z granicy. Takich miejsc w dzisiejszych czasach już prawie nie ma. Kiedy kupujemy herbatę czy szaszłyka wiemy, że jest to produkt, który powstał nie dla nas, nie dla Europejczyków, tylko dla mieszkańców Kaszgaru i jest naprawdę oryginalny.

Skoro już jestem przy mieszkańcach to jest to osobny bardzo duży temat. Aby wyjaśnić jak powstała lokalna społeczność, odwołam się do procesu powstawania gliny. Żeby powstała glina potrzebne są odpowiednie składniki w odpowiednich proporcjach. Pył, ił, piach… Kirgizi, Ujgurzy, Chińczycy… powinienem jeszcze dodać wyliczankę języków, ale się nie podejmę, bo mam wrażenie, że każda osoba mówi w innym. Alfabetów też jest przynajmniej kilka, poza arabskim jest kilka opartych o chińskie znaki. Dzięki temu ulice są wyjątkowo barwne. Muzułmanki (Kaszgaria jest w przewadze muzułmańska) w kolorowych chustach, Chinki ubrane jak Europejki, Kirgizki o uzębieniu rodem z ZSRR. Z jedzeniem jest tak samo. Podobnie z ofertą handlową. Jest absolutnie wszystko, no, może z wyjątkiem wieprzowiny.

Ludzie są bardzo życzliwi. Mało, że pozwalają na robienie sobie zdjęć, to często sami o to proszą. Poza tym ludzie żyją normalnie. Może z tą drobną równicą względem Europejczyków, że więcej z nich utrzymuje się z pracy własnych rąk rozumianej wprost. Są producenci drewnianych tralek z tokarkami, producenci garnków z miedzianej blach wykuwający je na ulicy. Jest mnóstwo „restauratorów”, wirtuozów czarowania przysmaków w skrajnie prymitywnych warunkach. Nie ma kas fiskalnych i Sanepidu. Pracują, zarabiają, żyją. Wkrada się jednak współczesność. Kiedyś Chiny stały rowerami, dzisiaj skuterami. Na nasze szczęście są to delikatne skutery elektryczne. Ich kierowcy nie wyznają żadnych świętości. Dźwiękiem klaksonu można nawet zagłuszać stojącego nie dalej jak 5 metrów muezina. Chcąc się trochę zbliżyć i zobaczyć z bliska życie Kaszgarczyków poza obszernym spacerem wieczorem, wybraliśmy się zjeść jak lokalesi.

Jeszcze wczoraj wykryliśmy gastronomiczny bazar czynny od zmierzchu przez około 2 godziny. Chłopaki zasadzali się na: flaki, żeberka, kurczaka, nóżki, łeb owcy i smażoną rybę. Ja zostałem przy makaronie z warzywami. Chłopaki przy drobnym wspomaganiu nie wymiękli i spróbowali wszystkiego. Nikt z nas się nie zawiódł wszystko było smaczne, a czy świeże - dowiemy się jutro. Do konsumpcji w takim miejscu trzeba albo wygłodniałych podróżników, albo dużej tolerancji na warunki sanitarne. Nie można powiedzieć, zawsze jest gdzie umyć ręce. Ale na tym higiena się kończy. Pan podający żeberka rzuca je na brudną wagę, po czym tą samą ręką kasuje ustaloną kwotę, a następnie rąbie produkt wytartym o fartuch tasakiem. To i tak jeden z łagodniejszych przypadków. Konsumenci nie są o wiele lepsi. Po zjedzeniu żeberek czy owczej głowy pozostałe kości rzuca się po prostu pod stół. To samo jest z pałeczkami, butelkami, serwetkami itd. Ci wrażliwsi restauratorzy rozstawiają pod stołami wiadra, ale to mniejszość. Byliśmy też w tym miejscu w ciągu dnia. Służby porządkowe działają bez zarzutu, miejsce jest nie do poznania. Ciekawostką jest stosowanie torebek foliowych. Mają one dwa zasadnicze zastosowania. Jako opakowanie to jasne np. w przypadku żeberek, ale stosuje się je też na produkty płynne jak mleko, rosół. Drugie zastosowanie to nakładka na porcelanowe naczynia wielokrotnego użytku dla gości. Zamiast - w warunkach ograniczonej dostępności do wody - myć naczynia, po prostu przyobleka się je w cienki celofanik i zapełnia ryżem, makaronem, zupą i czym tam sobie kto zażyczy.

Po wizycie w Chinach można inaczej spojrzeć na europejską politykę ekologiczną. Warto też zaznaczyć, że restauracje są mobilne, tzn. poruszają się na własnym zawieszeniu lub na plecach restauratora.

Co jutro? Z grubsza to samo. Jedną z największych atrakcji Kaszgaru jest niedzielny bazar. Nie możne nas tam zabraknąć. A wieczorem, pewnie znowu pójdziemy zjeść jak Kaszgarczycy.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=14#sigProGalleria42eb10d2df

Dobrze i niedobrze

Po wielu miesiącach przygotowań i dwudziestu dniach jazdy, wreszcie udało się osiągnąć tytułowy cel wyprawy. Wikiwyprawa Chiny 2015 dotarła do Chin!

Z powodu uzbeckich perturbacji, granicę przekroczyliśmy z jednodniowym poślizgiem. Ten jeden dzień okazał się być bardzo kluczowy.

Z Kaszgaru, do którego dzisiaj dotarliśmy, nie wyjedziemy jutro, lecz dopiero w poniedziałek, bo zatrzymują nas tu formalności. Przez sobotę i niedzielę będziemy dokładnie badać ulice i uliczki tego kluczowego dla Jedwabnego Szlaku miasta.

Wczorajszą relację zamknąłem około 100 km od granicy chińskiej. Wiele więcej już nie ujechaliśmy. Tym razem na przeszkodzie nie stanęła droga czy problemy techniczne, a brama.

Na sześćdziesiąt kilometrów przed zasadniczą granicą stoi potężna wartowania z koszarami i brama z drutem kolczastym. Strzeżona jest nie tylko sama granica, ale już strefa przygraniczna.

Nocowaliśmy około kilometra od zasieków tak, aby rano szybko uderzyć na granicę zasadniczą. Wszystko poszło z godnie z planem. Jeszcze raz potwierdziły się nasze odczucia – Kirgistan to bardzo przyjazny kraj. Wszyscy pogranicznicy byli bardzo uśmiechnięci i pomocni. Przy okazji ciekawostka: dzisiaj rano na granicy (3750 m n.p.m.) było +2 stopnie i padał śnieg. W zimę jest tam -45 do -50 stopni. Pozdrawiamy dzielnych pograniczników!

Po wyjeździe z Kirgistanu czas na wjazd do Chin. Brama otwarta - podjeżdżamy. Gestem ręki z samochodu strażnik wygania nas za bramę. I czekamy. Za jakieś 3 min podejmujemy drugą próbę, z takim samym skutkiem. Więc czekamy już grzecznie. Za chwilę zaczynają się zjeżdżać kolejne samochody z turystami. Oni już wiedzieli jak się zachować. Czekamy wszyscy. Nagle, ni stąd ni zowąd, zaczynają do strony Chin podjeżdżać busy i vany różnej maści. Z nich wysiadają przewodnicy i podchodząc do bramy krzyczą po kogo przyjechali: piętnastu Hiszpanów, dwóch Nowozelandczyków. Aż wreszcie ostatni, pięciu Polaków. Tylko my przekraczaliśmy granicę własnym samochodem, reszta przesiadała się z busów kirgiskich do chińskich.

Potem pierwsza kontrola. Bagaże osobiste do prześwietlenia. Roentgen jest zainstalowany w busie przykrytym zielonym suknem. Z jednej strony busa bagaże się podaje, a z drugiej odbiera. Za kilkaset metrów kontrola paszportów. Przewodnik ostrzegł nas, że na następnej kontroli mogą być sprawdzane zapasy żywności. Nie można mieć prawie nic. Poleciłem abyśmy pokitrali jedzenie po kieszeniach. Kontrola nie zapowiadała się zatem na szczegółową. Mały haczyk: następna kontrola była za 100km!

Po drodze tylko dwie wsie z gliny. Jak słusznie zauważył Jacek, nie bardzo to koresponduje z tytułem drugiej gospodarki świata. Poza tym, zupełnie nic. Nawet skrzyżowania brak. Ostatnia kontrola, chociaż ze względu na czas oczekiwania najbardziej upierdliwa - bez większych problemów. O jedzenie nie pytali.

Za kolejne 100 km dotarliśmy do Kaszgaru. Nasz przewodnik zaproponował, żebyśmy nocowali koło znajomego mu hotelu. Koło hotelu, bo nie w hotelu, ale podobno ma nie być problemów, a za to będzie bezpiecznie.

Nie chcieliśmy siedzieć bezczynnie i jeszcze wieczorem wyszliśmy na mały rekonesans. Kaszgar to miasto, w którym spotykały się wszystkie nitki Jedwabnego Szlaku, więc i my tu dotrzeć musieliśmy. Pierwsze wrażenia są pozytywne. Miasto jest niezwykle egzotyczne, a mieszanka kultur wręcz szczypie w oczy.

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=14#sigProGalleriae3f83de1a9

Stany

W zasadzie to już nasz ostatni „stan”, czyli Kirgistan.

Od wczoraj, od północy jedziemy prawie nieprzerwanie. Najdłuższy przystanek to poranna jajecznica. Jajecznica jako taka, owszem, na ciepło, ale temperatura powietrza: 7 stopni. Niczemu się nie dziwimy. Jesteśmy w Kirgistanie na wysokości 3750 m n.p.m.

To, że śnieg może być, to wiedzieliśmy od dawna. Potwierdził nam to zresztą pogranicznik wpuszczający nas do Kirgistanu. Z troską w oczach zapytał czy mamy zimowe opony. Mamy.

Jak jest w Kirgistanie? Oprócz tego, że w dzień gorąco, a w nocy zimno, to krajobraz piękny. Ta jedna z byłych republik ZSRR to głównie góry i to niemałe. Najwyższy szczyt, Pik Pabiedy ma 7439 m n.p.m. Prawie cały czas jedziemy przez mniej lub bardziej porośnięte trawą góry, a momentami, w skalnych żlebach widzimy śnieg. Co jakiś czas podziwiamy ośnieżone szczyty. Wysokość faluje z amplitudą ponad 500 m, więc uszy się zatykają regularnie. Z Kirgizami nie mamy za wiele do czynienia, bo jak już wspomniałem, prawie się nie zatrzymujemy. Tutejsza waluta, som kirgiski ma już przyzwoitszą relację do dolara, ale i tak nie mieliśmy go nawet w ręku. Jedyna większa interakcja z Kirgizami i somami to zakup mlecznego trunku od pana z fotografii.

Kirgizów jest około 5 milionów na terytorium wielkości 60% powierzchni Polski. Po szybkich obliczeniach wychodzi nam, że zagęszczenie jest małe. Wsie i miasteczka, które mijamy są zdecydowanie w opłakanym stanie. Ciekawostką jest to, że grobowce na cmentarzach wyglądają bardziej estetycznie niż niejeden dom. Z drogami bywa różnie. Ten odcinek, który pokonywaliśmy w nocy (kierunek na Biszkek) zaskoczył pozytywnie. Wraz ze świtem i odbiciem na wschód sytuacja się pogorszyła, potem było jeszcze gorzej. Teraz, gdy piszę tę relację, mamy około 100 km do granicy i, o dziwo, droga jest super. Mamy nadzieję, że już do końca. Ze względu na obsuwę czasową musieliśmy przełożyć spotkanie z naszym chińskim przewodnikiem z 10 na 11 września. My i samochód robimy, co możemy. O planach już nie będę się rozpisywał, bo wszyscy wiemy jak z tym bywało. Tak czy inaczej, mamy nadzieję jutro przywitać naszych czytelników po chińsku.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=14#sigProGalleriab64a694b56

Pięciu podróżników i policjant

Po dwóch nadprogramowych nocach w Uzbekistanie - wreszcie wolność!

Zgodnie z warunkami deportacji, na granicę miała nas odstawić policja. Od rana zwarci i gotowi czekaliśmy na Azisa. Z pierwotnie 7:00 zrobiła się 8:00, potem 9:00... Nasz nadzorca zjawił się o 10:30. Ostatecznie naszą obstawą nie był znany nam już Azis, tylko jego kolega Alin. Na jedno wychodzi, też na A.

Od samego początku nie wyglądał na specjalnie doświadczonego w temacie deportacji. Jednym z pierwszych zadanych przez niego pytań było to, czy wiemy gdzie jechać. Powiedziałem, że wiem, bo tak mi się wydawało. Za chwilę wytłumaczył się, że nie deportował jeszcze do Kirgistanu. Rozmowny specjalnie nie był. Nie ma się mu co dziwić, miał przecież do czynienia z przestępcami. Pociągnięty za język powiedział, że częstotliwość deportacji to mniej więcej jedna na tydzień.

Do przejechania mieliśmy około 400km. Już po kilkunastu kilometrach Uzbekistan się o nas upominał. Poczułem kilka ciepłych kropli na nogach. Co do tego, że to nie zawiodły zwieracze byłem pewien, więc co do diabła? Po chwili w kokpicie pojawił się dym, więc kierunkowskaz i pobocze. Nasz policjant, wystraszony, razem z nami wybiegł z samochodu. Okazało się, że to nie dym tylko para. Najprawdopodobniej strzeliła nagrzewnica i płyn chłodniczy wyciekł mi częściowo na nogi. Konsylium uradziło, że trzeba wyłączyć uszkodzony element z układu. Po chwili Darek przyniósł mały PowerBank z propozycją wykorzystania jego obudowy jako łącznika gumowych przewodów. Po kolejnych 7 minutach Alin był po przyspieszonym kursie prowizorki po polsku. Zadziałało, jedziemy dalej już bez problemów, jak po sznurku.

Około godziny 18 docieramy na miejsce. I klops! Okazało się, że to przejście graniczne jest tylko piesze. Alin konsultuje z pogranicznikiem, gdzie mamy jechać. Sześćdziesiąt cztery kilometry dalej jest przejście samochodowe. Rzucamy kilka ciepłych słów pod nosem i ruszamy dalej. W trakcie dyskusji nad trasą, zdążyło się już ściemnić, a jazda po Uzbekistanie po zmroku to raczej sport ekstremalny niż przyjemność. W naszym wypadku to konieczność.

Po około godzinie dotarliśmy do miejscowości z przejściem granicznym. Jako że przejście jest raczej lokalne, to niespecjalnie stanowi ono oś życia mieszkańców. Do tego stopnia, że zanim trafiliśmy pod właściwą bramę kluczyliśmy po obrzeżach miejscowości otoczonej Kirgistanem z 3 stron. Na przejściu byliśmy po 21:00. No i się zaczęło.

Przejście graniczne zasadniczo było czynne do 18:00. Za bramą tylko człowiek w hełmie i z AK47 na ramieniu. Alin poszedł z nim porozmawiać i wytłumaczyć, co my za jedni. Po chwili szczęk zamka i zostajemy pieszo zaproszeni do środka. Nie dość, że deportowani, to jeszcze specjalnie dla nas otwarto przejście graniczne poza godzinami pracy. Waldek wjeżdża samochodem, a my pieszo na kontrolę. Początkowo nawet sympatycznie, dowódca wspomina jak był w Polsce. W oczy rzuca się jeden z młodszych pograniczników. Wyraźnie bardziej oblatany w tematach elektronicznych. Przegląda aparaty, telefony. Kiedy i nasze plecaki zostały przegrzebane, a aparaty przejrzane, idziemy do samochodu. A co to? A co tamto? O proszę, pod siedzeniem ukrył się Darka aparat (sam oczywiście). Więc rozpoczynamy pokaz slajdów. Młodemu człowiekowi nie mieści się w głowie i wydaje wręcz podejrzane po co robić zdjęcia cmentarzy.

Aż tu nagle, wreszcie coś ciekawego! Macie drona? Mamy. To pokażcie. Pozaglądał i uradził, że ma aparat, więc gdzie są zdjęcia. Odpowiedziałem że na wbudowanej pamięci. Chce zobaczyć. Wydałem kabel i poszedł. Studiował te zdjęcia dobre kilkanaście minut. Wrócił z pytaniem czy mam pilota. Pewnie, że mam. To pokaż… jak lata. To wyraźnie rozluźniło atmosferę.

Już chwilę wcześniej dostaliśmy zgodę na spakowanie się. Ostatecznie skończyło się na miłych pogawędkach. Ale co mamy robić dalej? Tutaj zostaliśmy wepchnięci przez Alina, a co z Kirgizami? „Jedźcie oni są 24 godziny na dobę”.

Odległość między przejściami granicznymi może dawać wiele do myślenia w kwestii wzajemnych relacji. Duży budynek z obszerną wiatą do kontroli po stronie Uzbeckiej dzieli od zabudowań Kirgiskich przynajmniej 500 m. Zabudowań, celowo użyłem tego słowa. Kiedy podjechaliśmy na miejsce byliśmy w szoku.

Przejście graniczne to dwie budy ustawione po przeciwległych stronach drogi, wyglądające jak zaplecze jakiejś budowy. Wokół nich zaparkowane 3 samochody. Z jednego z nich wyłazi człowiek w moro z takim samym, jak u Uzbeków, automatem na ramieniu. Czyli jednak coś ich łączy! Informuje nas, że jest zamknięte i będzie otwarte jutro rano. „Ale nam się baaardzo spieszy!”. Kategorycznie nie odmawia i gdzieś znika. Za chwilę wraca poinformować, że za kolejną chwilę przyjdzie „starszy” i z nim pogadamy. Widzi on jednak jeden zasadniczy problem: u nich nie ma światła. Ale my mamy latarkę, co tylko częściowo rozwiązuje problem, bo żeby nas przepuścić musi uzupełnić coś na komputerze, a on potrzebuje nie tyle światła co prądu. To też żaden problem u nas na pokładzie jest 230V. Nie trzeba było długo czekać. „Starszy” powołał do życia na naszym stoliku, zasilany naszym prądem, punkt odprawy naszych paszportów. I tak oto Webasto ożywiło Kirgiską granicę. I tu pierwsze punkty lądują na koncie Kirgistanu.

Panowie pogranicznicy byli bardzo mili i, mimo że wyrwaliśmy ich ze snu, chętnie nam pomogli. Na widok naszych pieczęci deportacyjnych w paszportach poinformowali, że w Kirgistanie nic takiego nam nie grozi i możemy tu bez żadnego meldunku przebywać do 60 dni. Można? Można! Kolejny punkt mają za odprawę celną. Dotyczyła jedynie samochodu i jego kierowcy. Wszystko, mimo niesprzyjających warunków, poszło bardzo sprawnie. Kirgizi zabrali nam z zegarka jeszcze godzinę, a przy okazji zaistniała mała dziura waszym życiorysie. Z Uzbekistanu wyjechaliśmy o 9:00, a w Kirgistanie byliśmy dopiero o 10:00.

Nie ma rady. Musimy jechać ile się da, na zmiany, bez przerwy. 10 września wieczorem musimy być na granicy z Chinami.

Kolejne punkty dla Kirgistanu za:
(jak na razie) całkiem przyzwoite drogi,
ropę dostępną po prostu na stacjach.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=14#sigProGalleriab797846a9e

I co tu myśleć?

Z jednej strony państwo policyjne, okropne formalności i trudne ich konsekwencje. Z drugiej strony bardzo serdeczni ludzie, pomocni i uczynni. Mowa oczywiście o Uzbekistanie, naszym miejscu internowania, jak sami z przekąsem nazywamy ten stan.

Dzisiejszy dzień miał być potencjalnie nudny, bo w zasadzie nie mieliśmy nic do robienia i nie bardzo coś robić mogliśmy. Do naszego sierżanta prowadzącego, Azisa musieliśmy dzwonić co jakiś czas, żeby ustalić co dalej. Nie mogliśmy się oddalać od hotelu na dłużej niż dwie godziny. Ale coś robić trzeba.

Postanowiliśmy wykorzystać okazję i przeznaczyć trochę czasu na dopieszczenie samochodu. Gospodarz hotelu zapytany o warsztat nie tylko wskazał kierunek, ale i zaprowadził Jacka na miejsce oraz zaanonsował nasz rychły przyjazd. Do robienia niby nie było dużo. Chcieliśmy zmienić filtr oleju, a do tego potrzebny był chociażby kanał. Panowie w warsztacie zwrócili jeszcze uwagę, że jeden z pasków klinowych wskazuje nadmierne zużycie. Mieliśmy go ze sobą, więc wymieniliśmy. Na sam koniec okazało się jeszcze, że na którejś wyrwie w drodze tylna prawa sprężyna wypadła z gumowej podkładki, jeszcze uzupełnienie powietrza i summa summarum zabrało to ponad godzinę dziarskiej roboty. Przyszło do płacenia, ale właściciel powiedział, że nic nie chce, bo jesteśmy gośćmi w Uzbekistanie. Po naciskach zgodził się na 50000 Sum (około 11 USD)! Podobna sytuacja miała miejsce wczoraj z naszym taksówkarzem przewodnikiem, który doprowadził nas do Urzędu Imigracyjnego. W czasie gdy Jacek i ja poszliśmy załatwiać formalności, reszta towarzystwa miała za zadanie uregulować należność kierowcy. No i co? Taka sama gadka. „Jesteście gośćmi, nic nie trzeba, ja tylko pomogłem”. I co tu myśleć o tym Uzbekistanie?

Nasz sierżant Azis, jak do tej pory, też wskazuje pełną chęć pomocy nam, chociaż jasnym jest, że wycieczka z nami 400 km w jedną stronę nie jest mu szczególnie na rękę.

Skoro już jestem przy temacie naszego internowania. Podobno już jutro zakończymy ten stan. Azis wezwał nas dzisiaj na komendę w celu podpisania dokumentów dotyczących naszej deportacji. Mieliśmy nawet okazję zobaczyć nasze paszporty. Od wczoraj jedziemy tylko na kopiach, które wykonał nam Azis. Podpisaliśmy dzisiaj cały plik dokumentów, które określały nasze przewinienie i wszystkie jego konsekwencje. Dokumenty były po rosyjsku, więc ich treść zweryfikowaliśmy mocno z grubsza. Po wszystkim sierżant zapowiedział, że przyjedzie po nas jutro o 7 rano. Mieliśmy wszyscy w duchu trochę nadzieję, że może uda się dzisiaj, ale niestety... Ogarnęliśmy więc dzisiaj prawie wszystko, żeby już jutro nic naszego wyjazdu nie spowalniało. Nie udało się tylko zatankować, bo w stolicy nie jest to tak proste, jak na prowincji.

W warsztacie, jak wszędzie, gdzie tylko jest okazja, zapytaliśmy skąd biorą się trudności w nabyciu ropy. Dostaliśmy odpowiedź, która najbardziej trzyma się kupy ze wszystkich do tej pory usłyszanych. Wynika to rzekomo z zapotrzebowania na ropę do ciągników rolniczych, a te pracują intensywniej w tym okresie, bo akurat są zbiory bawełny. Zbiory rozwlekają się w czasie, bo bawełna owocuje długo. Nie jest to proces nagły i gwałtowny.

Ze swojej strony stwierdzamy, po tych kilku dniach podróżowania po Uzbekistanie w szczycie sezonu zbioru bawełny, że kraj nie staje na głowie z powodu zbiorów. W zasadzie wszystko można normalnie załatwić (poza paliwem). Trochę ludzi na polach jest, ale reszta działa.

Na rano zostało nam jedynie tankowanie. Mamy nadzieję, że jutro będziemy mogli wam zameldować, że opuszczamy ten dziwaczny kraj. Kraj Timura Chromego, niegdyś potęga Azji (nie tylko Środkowej), kraj serdecznych ludzi, bawełny, dziurawych dróg, walizek pieniędzy i trudno dostępnego oleju napędowego, miejsce uświęcone krwią Polaków i wreszcie kraj, do którego nie będziemy mogli wrócić przez najbliższy rok.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=14#sigProGalleria0ed79c9ab5

I doigrali się

Po wczorajszym dniu, dzisiaj wstaliśmy pełni entuzjazmu do odkrywania Uzbekistanu. Tym bardziej, że od kilku dni wyraźnie potwierdzamy, że warto iść na wschód. Tam jest jakaś cywilizacja! Im bliżej Taszkientu, tym drogi lepsze i szersze, paliwo tańsze, a kurs dolara lepszy. Rano jeszcze dwa cmentarze: Olmazor I i II, a potem szybciutko do Taszkientu.

Po stolicy tak dziwacznego kraju spodziewaliśmy się, w sumie sami nie wiemy czego, ale czegoś więcej. Taszkient niczym się w zasadzie nie wyróżnia, ani architekturą, ani zagospodarowaniem miejskiej przestrzeni, ani nawet dynamiką ruchu drogowego. No dobra, jest jedna ciekawa rzecz - Bazar Chorsu.

To największy bazar w Azji Centralnej. Powierzchnia i organizacja istotnie jest imponująca. Jest nawet specjalny sektor dla handlarzy jajkami, podobnie z innymi produktami. Część budynków jest nawet dosyć interesująca architektonicznie. Oferta jednak trochę nas zawiodła, bo nie byliśmy zainteresowani kupowaniem świeżego mięsa, serów czy roślin doniczkowych. Dopiero na sam koniec trafiliśmy do sektora rękodzielniczego. Bazar ma na szczęście charakter użytkowy dla Taszkientczyków i nie jest zdominowany badziewiem turystycznym. Dzięki temu mogliśmy podziwiać jak na naszych oczach powstawały zdobne rynny, noże, siekiery, czy drewniane tralki. Podczas próby zrobienia zdjęć przy użyciu Parott'a, jak spod ziemi, wyrósł policjant i kategorycznie zabronił takiego działania, bo na terenie bazaru znajdują się obiekty tajne. Jakie? No, tajne... Można się tylko domyślać.

W Uzbekistanie jest obowiązek meldunkowy. Zanim więc udaliśmy się na bazar podjęliśmy próbę uregulowania formalności meldunkowych. W pobliskim hotelu nie udało się tej sprawy załatwić, ale skierowano nas do biura służby imigracyjnej. Tam dowiedzieliśmy się, że jeżeli wyjedziemy dzisiaj, to nie ma problemu, bo obowiązek meldunkowy nie zaistnieje. Postanowiliśmy jednak, że dla bezpieczeństwa, po zwiedzaniu bazaru, poszukamy innego hotelu i uregulujemy sprawę meldunku. Druga próba również zakończyła się niepowodzeniem i skierowano nas do centralnego urzędu meldunkowego. Już to powinno nam dać do myślenia, a nie dało. Pojawił się też problem. Taszkient to dosyć duże powierzchniowo miasto i mało kto mógł nam wskazać na mapie, gdzie dokładnie ów urząd się mieści. Była godzina 17, a my próbowaliśmy po wstępnie ustalonej trasie rozpytywać kolejnych przechodniów o szczegóły dojazdu. Dowiedzieliśmy się już, że OwiR (skrót nazwy urzędu) czynny jest do 18. Zrezygnowani słabymi postępami i rozbieżnymi azymutami wskazywanym przez kolejnych przechodniów zaczepiliśmy taksówkarza. Szczęśliwie i nieszczęśliwie, taksówkarza starej daty. Od razu wiedział gdzie trzeba jechać i poprowadził nas właściwą trasą. Jedziemy za nim. I tu objawiła się wada naszego przewodnika – starej daty znaczy oszczędny. Nawet jak na nasze osiągi mocno przeciążonych koników mechanicznych, to było wolno. Za taksówką jechaliśmy już dobre piętnaście minut, gdy zadziała się rzecz wręcz oczywista. Do rutynowej kontroli zatrzymuje nas pieszy policjant. Jemu się nie spieszy. Dokumenty, pogawędka i jest problem szyby. Nie, nie chodzi o naszą pseudo szybę z pleksi. Chodzi o szyby boczne, tylne, gdyż w Uzbekistanie jest kategoryczny zakaz ich przyciemniania. Nasze, nie dość, że częściowo przyciemnione, to jeszcze oklejone. Tłumaczymy, że się spieszymy, że jesteśmy podróżnikami i że nikt do tej pory, podczas już chyba 1000 kontroli, nawet nie zwrócił na to uwagi. (Przy okazji wspomnę, że temat braku OC też nigdy nie wypłynął). Policjant jest jednak nieugięty. Zaczyna się gadka o zrywaniu wszystkiego i mandacie. Co tu robić? Wracamy do pomysłu transferu 10 zielonych przez słownik, który poszedł w ruch. W międzyczasie policjant dostrzega GoPro rejestrujące całe zdarzenie i się zaczęło. Wszystkie, do tej pory wytoczone argumenty, choć bardzo racjonalne, nie są już istotne. Część naszych paszportów jest w rękach policjanta, który w międzyczasie wykonuje liczne połączenia telefoniczne. Nam wyobraźnia podpowiada już rychłe pakowanie busa na lawetę. Jest 17:56 i nagle, zupełnie niespodziewanie, policjant oddaje słownik i dyszkę. Prosi, abyśmy uważali, oddaje dokumenty i życzy szerokiej drogi w przelocie rzucając jeszcze, iż potwierdził, że pożądany przez nas urząd pracuje do 20. Uff! Od celu dzieliło nam może 1000 m. Na miejscu byliśmy za kolejne 3 minuty.

Odwiedzamy jeden pokój, potem drugi, jak to w urzędzie odsyłają nas między kolejnymi inspektorami. Wreszcie trafiamy do właściwej osoby. Rzut oka na nasze wizy, zmarszczone czoło i… zostajemy sami, wyszedł. Za chwilę zagląda i każe czekać. Na horyzoncie pojawia się kolejny urzędnik, z jedną gwiazdką na pagonie więcej. Potem pojawia się człowiek ubrany po cywilnemu. Z doświadczeń na posterunkach drogowych wiemy, że oni są najgorsi. To coś w rodzaju Służby Bezpieczeństwa. Po kilka razy zadają trudne pytania: skąd?, dokąd?, w jakim celu? Dlatego po kilka razy, bo jakby czekali, że się pomylisz. Przepisują bez sensu nasze dane z paszportu na jakiś świstek, wywołując tym u nas nadmierny stres. Jako że zawsze mówimy prawdę, to jedynie czasu szkoda. Tym razem Pan Cywil jest bardzo miły, ale technika ta sama. Co robiliśmy przez 3 dni? No, jak to co? Podróżowaliśmy. Ale gdzie byliście? Wymieniamy miejscowości po kolei. Niebawem robimy to kilka następnych razy, co prawda w różnych konfiguracjach, bo wymienianie przeplatane jest innymi pytaniami np. o to czym się zajmujemy w Polsce. Wreszcie na dowód naszych zeznań proponuję pokazanie zdjęć. Pan Cywil ochoczo zgadza się na moją propozycję.

Kiedy wracam z samochodu słyszę, jak odczytuje z kodeksu paragraf, który złamaliśmy - podróżowanie po kraju bez odpowiednich dokumentów. Cały czas zachowujemy nadzieję, że jakoś to da się załatwić. Z pewnością zaraz wyjmie jakiś magiczny papier, okrasi go stosownymi pieczęciami i się rozstaniemy. Nie tym razem. Tym razem właśnie tytułowo doigraliśmy się. Albo 6 500 000 Sum (sześć i pół miliona = około 1500$) za osobę, albo deportacja. Jasne, że nie jest nam specjalnie na rękę rozstać się łącznie z 7500$ więc decydujemy się na deportację. Zostaje nam przedstawiona cała procedura. Policjanci sporządzą stosowną dokumentację, a następnie, pod eskortą zostaniemy odwiezieni do granicy. I tu uwaga, Uzbekistan idzie nam na rękę – możemy wybrać na którą granicę! Ale tutaj niestety kończą się dogodności. Cała operacja może potrwać nawet do 3 dni. Prosimy, uprzejmie tłumacząc naszą sytuację, żeby załatwić to maksymalnie szybko. Co z tego wyjdzie - okaże się wkrótce. Skoro już jesteśmy takim podejrzanym elementem, to musimy być pod kontrolą i tym samym skończyły się nasze dzikie noclegi. Paszporty zostają zatrzymane, a my dostajemy ksera. Miły młody policjant odstawia nas do wybranego przez siebie hotelu i tam mamy grzecznie siedzieć i czekać na sygnał o wyjeździe.

Dlaczego powstała ta cała nieprzyjemna sytuacja? To zbieg nieszczęśliwszych okoliczności. Źle zinterpretowaliśmy informację, że trzeba się zameldować w przypadku pobytu dłuższego niż 3 dni. Trzeba zameldować się od razu, a nie dnia 3 czy 4. Do tego doszedł fakt kilkakrotnego wprowadzenia nas w błąd przez policjantów, którzy w sprawie rejestracji cały czas wysyłali nas do Taszkientu.

A więc siedzimy i czekamy. Zameldujemy, jak coś się ruszy.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=14#sigProGalleria825313f7fb

Siedem cmentarzy i wesele

Im bardziej zagłębiamy się w Uzbekistan, tym bardziej nam się podoba. Im bardziej na wschód, im bliżej Taszkientu, tym Uzbekistan staje się sympatyczniejszy. Drogi są równiejsze, krajobraz bardziej zielony i atrakcji jakby więcej.

Od bladego, a nawet ciemnego świtu, fotografowaliśmy cmentarze. Wczoraj wieczorem dotarliśmy do cmentarza w Kanimech i tam nocowaliśmy. Następnego dnia były dwa cmentarze w Karmanie. Do kolejnego w Guzaru musieliśmy odjechać kilkadziesiąt kilometrów na południe. Guzar był chyba najbardziej oddalonym na południe punktem naszej trasy. Z tego miejsca od Afganistanu dzieliło nas jedynie 200 km.

Po Guzarze kolej na cmentarze w Jakkabog, Szachrisabz i Kitab. Do wszystkich cmentarzy mieliśmy w miarę precyzyjne współrzędne, jednak w gąszczu uliczek bywało różnie. Na szczęście, przypadkowi mieszkańcy zapytani o te punkty, w każdym przypadku wiedzieli o co pytamy i byli bardzo pomocni. Uzbecy, generalnie, im bardziej na wschód, tym są milsi. Zdarza się, że nawet na drogowych posterunkach pozdrawiamy się z policjantami machaniem i odjeżdżamy bez zaczepki.

Dzisiejszy dzień to jeszcze jeden ważny dla nas punkt – połowa trasy! Na razie ciężko wskazać, gdzie to konkretnie miało miejsce, bo trasa jest niewiadomą w sumie aż do chwili odstawienia samochodu do portu.

Przed ostatnim punktem dnia, czyli noclegiem, była Samarkanda. Miasto Timura i jedno z najważniejszych miast dzisiejszego Uzbekistanu. Obejrzeliśmy z grubsza, na tyle ile się dało, najważniejsze obiekty miasta. W samym centrum usłyszeliśmy głośną muzykę dochodzącą z czegoś na kształt stadionu lub hali widowiskowej. Postanowiliśmy, że w drodze powrotnej zbadamy o co chodzi. Jak się później okazało decyzja, żeby zbadać to zjawisko dopiero na powrocie była opatrznościową.

Głośna muzyka towarzyszyła bowiem przyjęciu weselnemu. A odbywało się ono w dziwnym miejscu, ale dostosowanym do klimatu Uzbekistanu. Budynek składał się przede wszystkim z dachu, a ściany miał tylko częściowo. Całość wyglądała bardzo porządnie i estetycznie. W środku bawiło się kilkaset osób. Przez chwilę przyglądaliśmy się z dala, ale po jakimś czasie stało się dla nas jasne, że wejście jest niestrzeżone. Wiedziony ciekawością podjąłem próbę wejścia. Sukces, kilka zdjęć i brak reakcji ze strony gości. Coraz śmielej wchodziłem dalej, cały czas bacznie obserwując czy nikomu to nie przeszkadza. W pewnym momencie podszedł do mnie Uzbek. Byłem prawie pewny, że zostaną mi wskazane drzwi, tym bardziej, że ani czystością ani ubiorem nie grzeszyłem. Tymczasem usłyszałem pytanie skąd jestem. Uzbek objął mnie ręką za ramię i zaprosił do poznania jego przyjaciół. Szybko zaznaczyłem, że nie jestem sam i już za moment zaproszeni byliśmy wszyscy. Zaproszeni to mało powiedziane, gotowe były już miejsca przy stole, kieliszki się napełniały, a bariery językowe ustępowały. Waldek, Darek i Jacek wylądowali przy stole, my ze Sławkiem wykręciliśmy się „na kierowcę”. Naszą swobodę wykorzystaliśmy przede wszystkim na robienie zdjęć i rozmowy. Okazało się, że nie trafiliśmy na byle kogo. Wesele jest na 500 osób i jest otwarte na wszystkich… poza Cyganami, których faktycznie dużo kręciło się przed wejściem. Państwo Młodzi wesele wyprawili w Samarkandzie, ale na co dzień mieszkają wraz z całymi rodzinami w Nowym Jorku. Rozmach był widoczny w każdym punkcie i momencie. Za konferansjerkę odpowiadał ktoś pokroju uzbeckiego Krzysztofa Krawczyka. Całości przygrywała orkiestra. Na przyjęciu zabawiliśmy, a w zasadzie nasza reprezentacja, mniej więcej pół godziny, w trakcie których: spróbowali kilku potraw, uczestniczyli w 5 uczciwych kolejkach i… może lepiej nie będę wchodził w szczegóły. Na do widzenia dostaliśmy uzbeckie wino. Podsumowując, jeszcze parę godzin wysłuchiwaliśmy ze Sławkiem żali, jaką to zbrodnię popełniliśmy wyciągając ich z raju. Tak czy inaczej doświadczenie to było bardzo ciekawe i z pewnością zapamiętamy je do końca życia.

Poza tym po staremu. Jedziemy, kupujemy paliwo w rozmaitych miejscach, obracamy milionami.

Na koniec jeszcze jedna uwaga na temat Uzbekistanu. Wg nas nie działa tu usługa bezprzewodowej transmisji danych. Z zasięgiem jest generalnie problem, chociaż im bardziej na wschód tym lepiej. Nawet gdy udaje się złapać zasięg, to sieć uniemożliwia przesył danych. Dlatego też relacje chociaż powstają na bieżąco to dotrą z opóźnieniem, za co przepraszamy.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php?start=14#sigProGalleria8253320cba