Walczymy dalej

Najpierw wczoraj o spokojną noc. Ostatecznie się udało, poukładaliśmy się z hotelową ochroną i gdybyśmy byli bardziej bezczelni, to pewnie pozwolonoby nam zostać jeszcze kilka dni. Ale za kilka dni to my chcemy być już w Warszawie! Na razie jest to nam skutecznie utrudniane.

Wyjaśniło się, że głównym generatorem problemów z kontenerem jest chiński agent. Najpierw uparcie twierdził, że nie ma wytycznych dla naszej „przesyłki”, a teraz - kiedy zamówienie się odnalazło - zarezerwował dla nas kontener na trzy, a nie jeden samochód. Jutro dzień sądu ostatecznego.

Aby uporać się z tematem pakowania kontenera mamy mniej więcej 24 godziny. Od strony celnej jest wszystko przygotowane. Cała dokumentacja i ścieżka postępowania jest ustalona, brakuje tylko wskazania nam konkretnej metalowej skrzynki pod konkretnym portowym adresem. W związku z tym, że odprawa celna jest już załatwiona, my jesteśmy na końcu naszej chińskiej marszruty, misja Sadika została wypełniona. Gdyby nie fakt, że nocujemy w mieście tytularnym największego portu kontenerowego na świecie to moglibyśmy powiedzieć, że nocujemy po swojemu.

Żeby nie żyć tylko problemami, to może opowiem coś o Pekinie. Zanim dzisiaj pojechaliśmy do Tienjin korzystając z martwego okresu między rankiem naszym, a rankiem w Polsce skoczyliśmy na „Silk Market”. Fakt, to nie był nasz pierwszy raz, buszujemy tam już drugi dzień.

To coś na kształt chińskiego bazaru, ubranego w formę centrum handlowego. Nawet nie próbujemy się oszukiwać, że wieszaki uginające się pod ciężarem ubrań marek takich jak Ralph Lauren, Burberry, Tommy Hilfiger itp. są rezultatem legalnej produkcji i przedmiotem legalnego obrotu. Mimo wszystko - miejsce bardzo cieszy. Ale i gubi. Kiedy nieuważny kupujący nieopatrznie zatrzyma wzrok na czymś dłużej niż 1/10 sekundy jest zgubiony. Natychmiast jest osaczany przez płaskie twarze o ciasnych oczach z kalkulatorem w ręku. A wtedy się zaczyna. „Łot is jor best prajs? O no no no, aj giw ju diskąt...” Jeżeli myślisz, że możesz swobodnie przerwać tę podstępną grę jesteś w błędzie. Jej zakończenie jest jedno – zakup! Chociaż niekoniecznie doprowadzi to do zguby twój budżet. Osiągnięcie konsensusu oczywiście zależy od determinacji, ale dobicie targu na poziomie 30% wyjściowej ceny nie jest specjalnie trudne. Targowanie się jest w zasadzie w tym miejscu obowiązkiem, bez względy czy kupujesz kołdrę z jedwabiu, t-shirt czy herbatę.

Handlarze mają różne techniki. Na obrażalskiego: twoje kontrpropozycje obrażają sprzedającego na śmierć, ale da ci ostatnią szansę. Na kolegę: „speszjal prajs for ju, kolega”. Na gawędziarza: „łer ar ju from? Ooo from Poland! Sister maj frend hew hasbend from Poland...” Z pewnością nie są to wszystkie możliwe opcje, bo i z braku czasu odwiedziliśmy tylko część tego przybytku. Szałowi poddał się nawet Sadik, początkowo sceptycznie nastawiony do miejsca, ostatecznie był jednym z najbardziej objuczonych zawodników. Miejsce jest z pewnością wyjątkowe na mapie Pekinu i znane. Tylu obcokrajowców nie spotkaliśmy jak dotąd w żadnej, nawet najbardziej ciekawej atrakcji turystycznej. Wszyscy z tym samym błyskiem w oku, trochę jak dzieci w cyrku i fabryce zabawek jednocześnie.

Janek