Zaradna bieda

Powinieniem napisać o Pingyao. Miasto to jest z pewnością bardzo charakterystyczne, więc mu się to należy.

To dawny Hongkong i Szanghaj, a może nawet i Pekin czternastowiecznych Chin. Zarazem wyjątek pod względem niszczenia, ale także konserwacji zabytków. Jako nieliczne i w niezłym stopniu oparło się rewolucyjnemu burzeniu zabytków i zastępowaniu ich nowym, lepszym światem. Najbardziej interesująca w Pingyao jest starówka otoczona fosą i masywnymi murami.

Starówka nie taka jak ta w Chivie, jakby wymarła, lecz żywa, zamieszkana przez dziesiątki tysięcy ludzi. Wymiary starego miasta to w przybliżeniu 3 x 3 km. Zabudowa niska z szarych ciosów kamiennych o równych wymiarach.

Dzisiejsze Pingyao to atrakcja turystyczna. Sadik, z lekkim obrzydzeniem, określił główną ulicę starówki jako komercyjną. Może i tak jest, ale warto było ją zobaczyć, w końcu handel to nierozerwalna część Chin. I owszem, centralna ulica i kilka poprzecznych kipi od stoisk z przeróżnym towarem. Oferta zdecydowanie wycelowana w turystę, nawet tego angielskojęzycznego. Boczne uliczki to raczej cisza, spokój, na takich przechodniów jak my czyhają tylko psy wyskakujące znikąd. Widać życie, takie normalne, codzienne: suszące się pranie, wymianę dętki w skuterze, wylewanie pomyj do studzienki. Gdzieniegdzie zdarzy się jeszcze jakieś samotne przydomowe stoisko z napojami albo dziadek sprzedający mapy, prawdopodobnie dostępne w informacji turystycznej za darmo. Jest też całe mnóstwo gotowych obwieźć turystów po uliczkach starówki elektrycznych pojazdów, które mieszkają, pochowane gdzieś w ciasnych podwórkach.

Co ma z tym wspólnego temat dzisiejszej relacji? Podwórka oprócz tego, że są ciasne, są też ogromnie biedne. Do wypięknionych, świeżych atriów południowej Europy mają się jak pięść do oka. Oczywiście, można by powiedzieć, że mogłyby być chociaż posprzątane, bo to w zasadnie nic nie kosztuje. Ale potrzebny jest czas, a tego Chińczycy mają mało, wszędzie się spieszą. Z tym też związane jest wszystko to, co napisałem o ruchu ulicznym.

Chińczycy to naród bardzo pracowity. Biedny, ale w tej biedzie i braku perspektyw na pomoc kogokolwiek z zewnątrz zaradny. Nie da się ukryć - Chińczycy nie siedzą z założonymi rękami. Sprzedaż map czy mały stoliczek z napojami przed domem, a dalej stoiska z owocami przy drodze, „punkt gastronomiczny” dźwigany na plecach. To wszystko pochłania ich czas, ale są to dowody na aktywność i chęć utrzymania się na powierzchni mimo, jak się wydaje, niesprzyjających warunków. Być może też brak rozpuszczenia ze strony państwa?

Tutaj nikt nie ma perspektywy na zasiłek. Jeżeli sam nie zawalczę o siebie, to nikt tego za mnie nie zrobi. W tym wszystkim jest widoczna duża samomobilizacja. Rodzina ze zdjęcia mieszka w czwórkę we własnym sklepie (obok ojca stoi około 3 letnia dziewczynka, a na łóżku za matką leżał jeszcze nie więcej jak 3 miesięczny niemowlak). Za kotarą w sklepie z… (zadanie dla spostrzegawczych) spała kolejna rodzina. Zakup trójkołowego dyliżansu do najtańszych nie należy, ale jeżeli jest szansa, że się zwróci? Jak widać to nie kosmiczne know how i miliardy euro czy dolarów wydawanych na badania i rozwój, ale determinacja buduje pierwsze gospodarki świata. Bo - jak sądzę - podobnie do tego obecnego w Chinach, wyglądało życie pierwszych kolonizatorów Ameryki Północnej.

Janek