Turyści czy jednak podróżnicy?

Oczywiście wolimy być postrzegani jako ci drudzy, ale od dwóch dni czujemy się tymi pierwszymi. Dzisiejszy dzień jest kolejnym, w czasie którego pędzimy od jednej atrakcji turystycznej do drugiej. Oczywiście, mamy ściśle sprecyzowane punkty do odwiedzenia. Tak się jednak złożyło, że w centralnych Chinach zwiedzamy głównie popularne atrakcje turystyczne. To zawsze jakaś odmiana od fotografii cmentarnej jaką uskutecznialiśmy przez 4 dni w Uzbekistanie. Wczoraj był Turpan i okolice, dzisiaj: Dunhuang, Jiayuguan, Zhangye.

Do Dunhuang dotarliśmy w bólach dopiero dzisiaj, bo o 3:00 nad ranem naszego czasu. Ponad 4 godziny męczarni zgotowali nam chińscy drogowcy. Remont jednego z dwóch odjazdów do tej miejscowości objął cały 120 km odcinek. W kurzu, ciemnościach i senności walka trwała już od zjazdu z autostrady do samych obrzeży.

Rano, po raz kolejny, pierwszymi przywitanymi tubylcami byli zamiatacze ulic. Jest to dosyć niesamowity proces. Zamiatanie zaczyna się tuż przed wschodem słońca. Długie szczotki o organicznym włosiu, napędzane przez małych zakutanych po czubek nosa ludzi, przegarniają z kąta w kąt osiadły na chodnikach kurz. Bardzo rzadko zdarza się, aby zamiatacz gromadził urobek i usuwał go z chodnika. Najczęściej jest to przegarnianie kurzu przy jednoczesnym wzbudzaniu jego tumanów w przestrzeń. To przed tym właśnie chroni to zakutanie.

Pierwszy punkt do odwiedzenia to gwiżdżące wydmy. Gwizdać nie gwizdały, ale owszem wyglądają imponująco. Drugi punkt to jaskinie Mogao. Obiekt z grubsza podobny do wczorajszych grot buddyjskich, tyle że bardziej zadbany. Niestety, nie było nam dane ich zobaczyć. Rzucano nam pod nogi kłody. Po kilku próbach dotarcia do grot różnymi drogami ostatecznie usłyszeliśmy, że możemy kupić bilet do cyfrowego centrum jaskiń Mogao i następnie  wynajętym meleksem podjechać do nich kilkanaście kilometrów. Wszystko za jedyne około 40$ od osoby.  Takiemu naciągactwu mówimy nie! Trudno, grot nie zobaczymy.  

Jiayuguan to najdalej wysunięty punkt Wielkiego Muru Chińskiego i tym samym nasz pierwszy kontakt z nim. Oczywiście biletowany. Mur na tym odcinku nie przypomina tego znanego nam z telewizyjnych obrazków. To najstarsza cześć muru i przypomina bardziej gliniasty nasyp niż mur. Jako porządni turyści trafiliśmy nawet do muzeum WMC. Do skromnej oferty dla przybysza angielskojęzycznego już się przyzwyczailiśmy, ale poza tym muzeum czyste, świeże i ogarnięte. Taka okazja jak dzisiaj już nam się raczej nie powtórzy, więc mimo wietrznej pogody, podjąłem próbę sfotografowania fragmentów muru i twierdzy z powietrza. Parrot zaliczył lądowanie na drzewie, ale to twarda sztuka i po raz kolejny nic poważnego mu się nie stało. Tylko ja pokłułem się akacją.

W  Zhangye chcieliśmy przede wszystkim obejrzeć największego w Chinach leżącego Buddę. Niestety, Budda poszedł już spać. W mieście byliśmy chwilę po 20, ale to okazało się dla niego za późno. Udało się za to sfotografować miejską pagodę i uchwycić kilka ciekawych obrazków z wieczornego życia mieszkańców.

Wożąc się po takich miejscach dużo obcujemy z chińskim turystą. To bardzo ciekawe doświadczenie. Przy pierwszym kontakcie mieliśmy wrażanie, że to Japończycy. Ich zachowanie było typowe dla stereotypowej japońskiej wycieczki. Z błędu wyprowadził nas Sadik. Podobno niechęć do turystów z Japoni, napędzana oczywiście polityką, jest w chińskiej branży turystycznej tak duża, że takie grupy można policzyć na palcach jednej ręki. W spotykanych przez nas grupach są aparaty, są smartfony, są kijki do selfi, jest ścisk, jest entuzjazm, są parasolki od słońca, jest dyscyplina w podążaniu za przewodnikiem, są maseczki na twarzach. Generalnie, dla nas są wielce pocieszni. Za to są trochę dzicy i bardzo trudno nam wejść z nimi w interakcję, ale przyczyną pewnie są różnice kulturowe.

Janek