Kilometry

Kolejne i kolejne kilometry, setki, a finalnie dzisiaj nawet tysiąc. Tyle przybyło na liczniku. Tak się złożyło, że dzisiejszy dzień to niewiele atrakcji, a dużo jazdy. Łącznie po Chinach mamy do przejechania około 4800 km, przy czym właśnie początkowy odcinek to prawie bezludne obrzeża pustyni Takla Makan.

Jak sam opis wskazuje nie jest to okolica obfitująca w interesujące miejsca. Dzisiejsza relacja będzie raczej zbiorem obserwacji niż opisem naszych przygód. Sadik okazał się być człowiekiem i zgodził się na zmiany za kierownicą. Oficjalne dokumenty są tylko na mnie i pierwsze poranne 400 przejechałem ja.

Jazda prawie pustą autostradą jest jednak bardzo nudna. Zdarzały się odcinki, gdzie po kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy zupełnie sami. Można by więc podejrzewać, że jednak autostrada jest drogą, którą nikt nie jeździ. Otóż nie do końca. Prawie cały czas wzdłuż autostrady prowadzi lokalna jednopasmówka i na niej ruch jest nieco większy. W drugiej połowie dnia zaczęliśmy się zbliżać do większych skupisk cywilizacji, co skutkowało generalnie większym ruchem. Bez paniki, żadne tam korki.

Na drodze pojawiło się też więcej ciężarówek. To nasi główni towarzysze podróży. Chińskie ciężarówki to najczęściej ciągnik siodłowy z bardzo dużą przyczepą. Większą od tych europejskich, zarówno dłuższą, jak i szerszą. Ciekawy jest sposób ich pakowania. Cały ładunek jest przykryty czymś w rodzaju plandeki lub brezentu, a następnie ciasno opatulony ściągniętą na krawędziach sznurkową siatką o dużych oczkach. Wygląda to trochę prowizorycznie, ale widać się sprawdza. To często nie jest koniec. Zdarza się bowiem, że na tak zapakowanej naczepie na wierzchu stoi jeszcze pojedynczy samochód osobowy. Niestety, nie udało się jeszcze uwiecznić na fotografii takiego konsolidowanego transportu, ale postaramy się to nadrobić.

Skoro już jestem przy transporcie samochodów, to warto wspomnieć o rozmiarze chińskich naczep, który dobrze można zobrazować przykładem lawet do transportu nowych samochodów. Na chińskiej lawecie samochody stoją na dwóch poziomach po dwa rzędy na każdym. Uwzględniając dodatkowo długości rzędów, wychodzi na to, że jeden transport jest lekko licząc dwa razy obszerniejszy niż te w naszym kraju.

Każdy kierowca w jakimś stopniu zżywa się ze swoja maszyną. Jedni bardziej, inni mniej. Taki np. kierowca amerykańskiej ciężarówki-potwora często zdobi ją i upiększa dziesiątkami światełek, chromowanymi gadżetami czy artystycznymi grafikami. Jego komunistyczny kolega z Chin gorszy być nie może. Tylko gust i zasoby nie te. Chiński traker ma do dyspozycji głównie dodatkowe oświetlenie. Finał jest taki, że niektóre ciężarówki posiadają oświetlenie inspirowane lotnictwem. Lampy obrysowe migają na zielono i czerwono. Z osłony chłodnicy bije przed takim „elegantem” LED’owy symbol przedstawiający nie-wiadomo-co. Najciekawszy jest zwykle tył. W okolicach tylnych świateł naczepy bardzo często umieszczony jest zestaw migających z wysoką częstotliwością lampek imitujących policyjne koguty. Na przemian w sekwencjach kolor czerwony i niebieski. Cały czas zwłaszcza w nocy łapiemy się na tym, że być może to radiowóz. Podobne oświetlenie jest stosowane w niebezpiecznych miejscach na drogach. Efekt prewencyjny - przynajmniej w naszym przypadku - bardzo dobry. Zwłaszcza po zmroku, z daleka, ciężko jest ocienić czy to czerwono-niebieskie oświetlenie umieszczone mniej więcej na wysokości 1,20-1,50m nad ziemią jest dachem radiowozu czy tylko ów symuluje.

Po chińskich drogą jeżdżą głównie chińskie samochody. Liczba nieznanych szerzej na świecie marek dostępnych na tutejszym rynku jest oszałamiająca. Oczywiście oko cieszą najbardziej bryły „inspirowane” znanymi nam modelami. Naszą największą radość wzbudzają nie tyle przypadki podobieństw, co motoryzacyjne frankensteiny: tył jak Corolla, a przód jak C-klasa. Zdarzają się również smaczki jak np. odświeżony stary VW Jetta. Obecnie produkowany w Chinach już pod inną lokalną nazwą, ale oficjalnie spod ręki VW.

Samochody i drogi to nie wszystko. Potrzebne jest jeszcze paliwo. Z tym, w przypadku Chin, nie ma problemu. Litr ON kosztuje około 5 Juanów, stacje są w rozsądnych odległościach. Być może to jednostkowy przypadek, ale zdarzyło nam się dzisiaj spalić około 17l na 100km! Jest to o około 5l więcej niż średnia do tej pory.

Żeby nie było tylko o samochodach, to opiszę jeszcze jedną atrakcję dzisiejszego dnia. Chcieliśmy dotrzeć nad jezioro Bosten, będące oazą w surowym krajobrazie prowincji Xinjang. Za takie kwestie odpowiada Sadik, w końcu jest naszym przewodnikiem. Jak się okazało w turystyce pracuje od 10 lat, a wcześniej był nauczycielem angielskiego. Destynacja, oczywiście, była mu znana, od razu ostrzegł, że był tam ostatnio ponad rok temu. Na jego wytłumaczenie możemy powiedzieć że istotnie wiele z dróg lokalnych, które pośrednio prowadzą nad jezioro, była w remoncie lub nawet została zlikwidowana. Ponadto część dróg była zajęta przez suszącą się na nich paprykę lub kukurydzę. Były też przypadki, kiedy bezpośrednio na drodze odbywał się proces młócenia. Od momentu zjazdu z autostrady do dotarcia nad jezioro minęło około 2,5 godziny. Powrót zajął nam już nie więcej jak 15 min.

Jezioro zaskoczyło nas pozytywnie. Dostęp do plaży jest biletowany, co prawdopodobnie przekłada się wprost na jej czystość. Brzeg jest otoczony wysoką wydmą, a sama plaża to drobny szarawy piasek. Są leżaki, parasole, molo, ale nie ma sezonu i byliśmy nie lada wydarzeniem zjawiając się tam. Woda w jeziorze jest słodka i lekko mętna. Otoczenie jeziora to obszerne, obecnie suche, zlewisko wody schodzącej z gór. A jest z czego schodzić! Jak na dłoni z brzegu jeziora widać masyw Tien Szan. W chwili obecnej jesteśmy już w Turpan. Jutro od rana buddyjskie groty, Depresja Turpańska i turpański system wodny.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php/40-kilometry#sigProGalleria5d04bbae6d