Przegląd ważny do...

...25.09.2015 r. Tym samym potwierdzam: przeszliśmy dzisiaj chiński przegląd techniczny samochodu. Oczywiście, nie obyło się bez komplikacji.

Zgodnie z umową, organizator naszego „samo-jeżdżenia” (self driving) po Chinach oraz przewodnik Sadik byli po nas o 7:00 rano. Od razu wyjechaliśmy z miasta w kierunku stacji diagnostycznej. Celem wizyty było zrobienie przeglądu, załatwienie tymczasowej tablicy rejestracyjnej, wyrobienie tymczasowego prawa jazdy, ubezpieczenie samochodu. O przegląd trochę się baliśmy, bo oprócz szyby z pleksi i lusterka łazienkowego, do listy naszych uszkodzeń doszły, a w zasadzie odeszły tylne amortyzatory: mniej więcej od Kirgistanu pasażerowie tylnego rzędu siedzeń walczą z chorobą morską. Do naszych chińskich partnerów rano dołączył jeszcze jeden młody człowiek, specjalista od kwestii rejestracyjnych. Od czego konkretnie był specjalistą nie wiemy, ale z pewnością uratował nam kilka, jak nie kilkanaście godzin oczekiwania w kolejce.

Przeglądy techniczne w Chinach nie są zorganizowane jak w Polsce. Za ich realizacje odpowiada państwowa instytucja i to chyba jedna na całe miasto. Kolejka przynajmniej na kilka rzędów, łącznie kilkaset samochodów i ciężarówek. Wspomniany młody człowiek rzekomo miał jakieś koneksje w tej instytucji. Najpierw boczną bramą podjechaliśmy od tyłu hali przeglądów. Po kilku minutach okazało się, że jednak musimy wrócić do kolejki, bo sytuacja będzie wyglądała na korupcyjną. Słusznie! Najważniejsze, żeby wyglądało, że jest w porządku! W kolejce nie mieliśmy najmniejszych szans. Na szczęście specjalista się wykazał, znalazł przejazd tuż pod szlaban między dwiema ciężarówkami. Kiedy szlaban poszedł do góry i pierwsza ciężarówka ruszyła my w jej cieniu byliśmy już na placu. Tam kolejne kilkadziesiąt samochodów. Ale co za szczęście! Znowu jesteśmy pierwsi. Okazać gaśnice i trójkąt. Za kilka chwil przyszedł mały żółty człowiek i aparatem w telefonie wykonał kilka zdjęć. Numery nadwozia, ogólny plan, symbole z opon. Wszystko przeplatane oczekiwaniem, mniejszymi i większymi okresami bezczynności.

W trakcie tych czynności przyglądaliśmy się temu, co dzieje się w hali przeglądów. Np. kontrola składu spalin przebiega nie na biegu jałowym, tylko na rolkach przy znacznej prędkości. Skutkuje to, oczywiście, znacznym zadymieniem i hałasem. Zdarzył się też przypadek „rzucenia palenia” w trakcie przeglądu. Cóż, chińska jakość. Po czynnościach statycznych bus bez nas pojechał na kontrolę nie wiadomo czego, bo nie mogło nas przy tym być. Po wszystkim nasz specjalista przyniósł pęczek naklejek i zaczęliśmy znakować naszą maszynę. To chyba jakiś nowy wymóg bo część samochodów na ulicach ma już te naklejki, a bardzo duża część nie. My w każdym razie mamy (patrz zdjęcie). Ale gdzie są nasze dokumenty? Jeszcz tylko 15 min i będą gotowe... jest jednak jedno „ale”. Oni mają za gorąco w pracy i teraz oni mają przerwę. Trzy godziny!

Nie było wyjścia, trzeba było się podporządkować. Też poszliśmy na obiad, do tego uroczego przybytku ze zdjęcia. Jak już udało nam się zabić ten czas okazało się, że faktycznie zabrakło góra dwudziestu minut. Szczęśliwie stacja diagnostyczna jest umiejscowiona na wylotówce w interesującym nas kierunku. Skoro nic już nas nie zatrzymywało to w drogę!

Autostradowa wylotówka z miasta rokowała nieźle, tak też było dalej. Byłoby świetnie, gdyby nie opłaty. Okazuje się, że zarówno autostrada jak i idąca równolegle zwykła szosa są płatne. Skoro obie są płatne, to wybieramy szybszą, ale droższą autostradę. Najwyżej później będziemy oszczędzać.

Pierwsze kilka setek kilometrów, to zapoznanie się z naszym przewodnikiem. Sadik jest Ujgurem, a więc i muzułmaninem. Ma 44 lata żonę i dwóch synów. Ma ze sobą namiot i śpiwór, ale umówił się z nami, że jeżeli będzie taka opcja, to woli hotel. Skoro jest muzułmaninem to nie partycypuje w pokładowym cateringu, golonka nie podchodzi. I tak zapas jedzenia ma ze sobą, świadomy przyszłych problemów z dostępnością produktów halam.

Dzisiaj daliśmy radę dojechać do Aksu. Sadik w hotelu, a my na niczyim placu, bo hotel nie mógł nas - obcokrajowców – gościć. Nawet na parkingu.

Janek