Handel

Handel to na tyle ważna gałąź chińskiej gospodarki, że poświęcę jej dzisiejszą relację.

Niedziela to tradycyjnie w islamie dzień handlowy. Kaszgaria jest muzułmańska, więc jedną z największych atrakcji jest tradycyjny niedzielny targ w Kaszgarze. Nie mogło być inaczej, musieliśmy się tam wybrać. Atrakcji turystycznych w Kaszgarze nie ma zbyt wiele, poza meczetem, mauzoleum i opisanym już wcześniej starym miastem. Targ natomiast nie dla wszystkich będzie atrakcją.

Nie jest to stricte turystyczna atrakcja, handlarze nie zaczepiają i nie nawołują tekstami „Maj frend! Speszjal prajs for ju”. A wręcz przeciwnie. Znalezienie kogoś, kto chociaż łapie kilka słów po angielsku, nie mówiąc już o operowaniu nimi, graniczy z cudem. Znajomość angielskiego generalnie jest tragiczna. Problem jest nawet z podstawowymi liczebnikami. Handlarzom materiałami na targu nic nie mówi słowo silk, które powinno wg nas być absolutnym minimum. Jak to jest, że Chińczyk targujący w Warszawie na chodniku Kubotami po dwóch tygodniach zna już kilka podstawowych zwrotów po polsku? Czyżby aż tak mało docierało tutaj obcokrajowców?

Targowisko ma oczywiście olbrzymie rozmiary. Jest zadaszone, chociaż nie jest to systematyczna zabudowa. Alejki są przestronne, stoiska podobnej powierzchni, po około 4x4 m. Poszczególne kwadraty, sektory alejki, w zależności od liczby stoisk, są podzielone tematycznie. Specjalizacje są wąskie jak np.: skarpetki, rajstopy, ubrania dziecięce, materiały, sukienki, suknie… oczywiście w większości to chińskie badziewie. Ale coś atrakcyjnego da się znaleźć.

Na trasie naszej wyprawy przyzwyczailiśmy się, że handel jest bardzo monotonny. Jak na tapecie były arbuzy, to przez setki kilometrów były tylko stoiska z arbuzami, jak jabłka - to jabłka, pomidory... i tak dalej. Ale tutaj niedzielny targ zaskakuje, znalezienie identycznych produktów nie jest takie łatwe. Jak w takim razie zdobyć klienta? Krzyk to oczywiście dobry pomysł. Zwłaszcza w pierwszych z brzegu alejkach, które z natury rzeczy są najbardziej zatłoczone. Potwornie zatłoczone. Potok ludzi jest niejednokrotnie dodatkowo przecinany przez trójkołowe transportowe pick-upy wyładowane towarem do poziomu Drogi Mlecznej. No, tak, ale jak ja krzyczę, to mój sąsiad też krzyczy. Zatem trzeba krzyczeć głośniej, np. przez megafon. Dobrym patentem jest też krzyczenie z wysokości np. stojąc na własnym stoisku. Na szczęście im głębiej w las tym ciszej i luźniej. Można się nawet rozejrzeć dosyć spokojnie.

Całej powierzchni targowiska nie przeszliśmy i chyba nie ma nikogo, kto by to robił. Dzięki sprawnej organizacji i koniecznej znajomości miejsca można tam się poruszać celowo. Mając zapotrzebowanie konkretnie na skarpetki można precyzyjnie, nie ulegając pokusom, dotrzeć do sektora tylko ze skarpetkami. Jak już dotarliśmy do konkretnego fragmentu i wybraliśmy towar to czas się rozliczyć. Tutaj jesteśmy trochę zawiedzeni. Otóż Chińczycy nie są aż tak - jak nam się wydawało - skłonni do targowania. Owszem jakiś margines istnieje, ale są to różnice symboliczne sięgające kilku procent ceny wyjściowej. Tak jest na bazarze i tak samo jest w przypadku cinkciarzy. Ceny i tak nie są wysokie więc nie narzekamy, ale brakuje tego dreszczyku. Wracając jeszcze do szeroko pojętej oferty. Podróbki to oczywiste, czasami gdzieniegdzie znajdzie się coś co jest albo bardzo dobrą podróbką albo oryginałem. Prawdziwego iPhone‘a da się kupić, ale nie da się kupić prawdziwej Coca-Coli! Jeżeli już gdzieś jest napój znany nam z Europy o smaku coli to jest to Pepsi. Dlaczego, o co chodzi? Nie wiem spróbujemy podpytać o to naszego przewodnika.

Jutro o godzinie 7 naszego czasu jesteśmy umówieni na wyjazd. Jedziemy najpierw na kontrolę stanu technicznego pojazdu. Zaraz po tym mamy otrzymać tymczasowe tablice i prawo jazdy. Jak tylko uregulujemy formalności ruszamy w głąb tego olbrzymiego kraju. Będziemy informować na bieżąco.

Janek

 

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php/38-handel#sigProGalleria5407ba1118