Dobrze i niedobrze

Po wielu miesiącach przygotowań i dwudziestu dniach jazdy, wreszcie udało się osiągnąć tytułowy cel wyprawy. Wikiwyprawa Chiny 2015 dotarła do Chin!

Z powodu uzbeckich perturbacji, granicę przekroczyliśmy z jednodniowym poślizgiem. Ten jeden dzień okazał się być bardzo kluczowy.

Z Kaszgaru, do którego dzisiaj dotarliśmy, nie wyjedziemy jutro, lecz dopiero w poniedziałek, bo zatrzymują nas tu formalności. Przez sobotę i niedzielę będziemy dokładnie badać ulice i uliczki tego kluczowego dla Jedwabnego Szlaku miasta.

Wczorajszą relację zamknąłem około 100 km od granicy chińskiej. Wiele więcej już nie ujechaliśmy. Tym razem na przeszkodzie nie stanęła droga czy problemy techniczne, a brama.

Na sześćdziesiąt kilometrów przed zasadniczą granicą stoi potężna wartowania z koszarami i brama z drutem kolczastym. Strzeżona jest nie tylko sama granica, ale już strefa przygraniczna.

Nocowaliśmy około kilometra od zasieków tak, aby rano szybko uderzyć na granicę zasadniczą. Wszystko poszło z godnie z planem. Jeszcze raz potwierdziły się nasze odczucia – Kirgistan to bardzo przyjazny kraj. Wszyscy pogranicznicy byli bardzo uśmiechnięci i pomocni. Przy okazji ciekawostka: dzisiaj rano na granicy (3750 m n.p.m.) było +2 stopnie i padał śnieg. W zimę jest tam -45 do -50 stopni. Pozdrawiamy dzielnych pograniczników!

Po wyjeździe z Kirgistanu czas na wjazd do Chin. Brama otwarta - podjeżdżamy. Gestem ręki z samochodu strażnik wygania nas za bramę. I czekamy. Za jakieś 3 min podejmujemy drugą próbę, z takim samym skutkiem. Więc czekamy już grzecznie. Za chwilę zaczynają się zjeżdżać kolejne samochody z turystami. Oni już wiedzieli jak się zachować. Czekamy wszyscy. Nagle, ni stąd ni zowąd, zaczynają do strony Chin podjeżdżać busy i vany różnej maści. Z nich wysiadają przewodnicy i podchodząc do bramy krzyczą po kogo przyjechali: piętnastu Hiszpanów, dwóch Nowozelandczyków. Aż wreszcie ostatni, pięciu Polaków. Tylko my przekraczaliśmy granicę własnym samochodem, reszta przesiadała się z busów kirgiskich do chińskich.

Potem pierwsza kontrola. Bagaże osobiste do prześwietlenia. Roentgen jest zainstalowany w busie przykrytym zielonym suknem. Z jednej strony busa bagaże się podaje, a z drugiej odbiera. Za kilkaset metrów kontrola paszportów. Przewodnik ostrzegł nas, że na następnej kontroli mogą być sprawdzane zapasy żywności. Nie można mieć prawie nic. Poleciłem abyśmy pokitrali jedzenie po kieszeniach. Kontrola nie zapowiadała się zatem na szczegółową. Mały haczyk: następna kontrola była za 100km!

Po drodze tylko dwie wsie z gliny. Jak słusznie zauważył Jacek, nie bardzo to koresponduje z tytułem drugiej gospodarki świata. Poza tym, zupełnie nic. Nawet skrzyżowania brak. Ostatnia kontrola, chociaż ze względu na czas oczekiwania najbardziej upierdliwa - bez większych problemów. O jedzenie nie pytali.

Za kolejne 100 km dotarliśmy do Kaszgaru. Nasz przewodnik zaproponował, żebyśmy nocowali koło znajomego mu hotelu. Koło hotelu, bo nie w hotelu, ale podobno ma nie być problemów, a za to będzie bezpiecznie.

Nie chcieliśmy siedzieć bezczynnie i jeszcze wieczorem wyszliśmy na mały rekonesans. Kaszgar to miasto, w którym spotykały się wszystkie nitki Jedwabnego Szlaku, więc i my tu dotrzeć musieliśmy. Pierwsze wrażenia są pozytywne. Miasto jest niezwykle egzotyczne, a mieszanka kultur wręcz szczypie w oczy.