Pięciu podróżników i policjant

Po dwóch nadprogramowych nocach w Uzbekistanie - wreszcie wolność!

Zgodnie z warunkami deportacji, na granicę miała nas odstawić policja. Od rana zwarci i gotowi czekaliśmy na Azisa. Z pierwotnie 7:00 zrobiła się 8:00, potem 9:00... Nasz nadzorca zjawił się o 10:30. Ostatecznie naszą obstawą nie był znany nam już Azis, tylko jego kolega Alin. Na jedno wychodzi, też na A.

Od samego początku nie wyglądał na specjalnie doświadczonego w temacie deportacji. Jednym z pierwszych zadanych przez niego pytań było to, czy wiemy gdzie jechać. Powiedziałem, że wiem, bo tak mi się wydawało. Za chwilę wytłumaczył się, że nie deportował jeszcze do Kirgistanu. Rozmowny specjalnie nie był. Nie ma się mu co dziwić, miał przecież do czynienia z przestępcami. Pociągnięty za język powiedział, że częstotliwość deportacji to mniej więcej jedna na tydzień.

Do przejechania mieliśmy około 400km. Już po kilkunastu kilometrach Uzbekistan się o nas upominał. Poczułem kilka ciepłych kropli na nogach. Co do tego, że to nie zawiodły zwieracze byłem pewien, więc co do diabła? Po chwili w kokpicie pojawił się dym, więc kierunkowskaz i pobocze. Nasz policjant, wystraszony, razem z nami wybiegł z samochodu. Okazało się, że to nie dym tylko para. Najprawdopodobniej strzeliła nagrzewnica i płyn chłodniczy wyciekł mi częściowo na nogi. Konsylium uradziło, że trzeba wyłączyć uszkodzony element z układu. Po chwili Darek przyniósł mały PowerBank z propozycją wykorzystania jego obudowy jako łącznika gumowych przewodów. Po kolejnych 7 minutach Alin był po przyspieszonym kursie prowizorki po polsku. Zadziałało, jedziemy dalej już bez problemów, jak po sznurku.

Około godziny 18 docieramy na miejsce. I klops! Okazało się, że to przejście graniczne jest tylko piesze. Alin konsultuje z pogranicznikiem, gdzie mamy jechać. Sześćdziesiąt cztery kilometry dalej jest przejście samochodowe. Rzucamy kilka ciepłych słów pod nosem i ruszamy dalej. W trakcie dyskusji nad trasą, zdążyło się już ściemnić, a jazda po Uzbekistanie po zmroku to raczej sport ekstremalny niż przyjemność. W naszym wypadku to konieczność.

Po około godzinie dotarliśmy do miejscowości z przejściem granicznym. Jako że przejście jest raczej lokalne, to niespecjalnie stanowi ono oś życia mieszkańców. Do tego stopnia, że zanim trafiliśmy pod właściwą bramę kluczyliśmy po obrzeżach miejscowości otoczonej Kirgistanem z 3 stron. Na przejściu byliśmy po 21:00. No i się zaczęło.

Przejście graniczne zasadniczo było czynne do 18:00. Za bramą tylko człowiek w hełmie i z AK47 na ramieniu. Alin poszedł z nim porozmawiać i wytłumaczyć, co my za jedni. Po chwili szczęk zamka i zostajemy pieszo zaproszeni do środka. Nie dość, że deportowani, to jeszcze specjalnie dla nas otwarto przejście graniczne poza godzinami pracy. Waldek wjeżdża samochodem, a my pieszo na kontrolę. Początkowo nawet sympatycznie, dowódca wspomina jak był w Polsce. W oczy rzuca się jeden z młodszych pograniczników. Wyraźnie bardziej oblatany w tematach elektronicznych. Przegląda aparaty, telefony. Kiedy i nasze plecaki zostały przegrzebane, a aparaty przejrzane, idziemy do samochodu. A co to? A co tamto? O proszę, pod siedzeniem ukrył się Darka aparat (sam oczywiście). Więc rozpoczynamy pokaz slajdów. Młodemu człowiekowi nie mieści się w głowie i wydaje wręcz podejrzane po co robić zdjęcia cmentarzy.

Aż tu nagle, wreszcie coś ciekawego! Macie drona? Mamy. To pokażcie. Pozaglądał i uradził, że ma aparat, więc gdzie są zdjęcia. Odpowiedziałem że na wbudowanej pamięci. Chce zobaczyć. Wydałem kabel i poszedł. Studiował te zdjęcia dobre kilkanaście minut. Wrócił z pytaniem czy mam pilota. Pewnie, że mam. To pokaż… jak lata. To wyraźnie rozluźniło atmosferę.

Już chwilę wcześniej dostaliśmy zgodę na spakowanie się. Ostatecznie skończyło się na miłych pogawędkach. Ale co mamy robić dalej? Tutaj zostaliśmy wepchnięci przez Alina, a co z Kirgizami? „Jedźcie oni są 24 godziny na dobę”.

Odległość między przejściami granicznymi może dawać wiele do myślenia w kwestii wzajemnych relacji. Duży budynek z obszerną wiatą do kontroli po stronie Uzbeckiej dzieli od zabudowań Kirgiskich przynajmniej 500 m. Zabudowań, celowo użyłem tego słowa. Kiedy podjechaliśmy na miejsce byliśmy w szoku.

Przejście graniczne to dwie budy ustawione po przeciwległych stronach drogi, wyglądające jak zaplecze jakiejś budowy. Wokół nich zaparkowane 3 samochody. Z jednego z nich wyłazi człowiek w moro z takim samym, jak u Uzbeków, automatem na ramieniu. Czyli jednak coś ich łączy! Informuje nas, że jest zamknięte i będzie otwarte jutro rano. „Ale nam się baaardzo spieszy!”. Kategorycznie nie odmawia i gdzieś znika. Za chwilę wraca poinformować, że za kolejną chwilę przyjdzie „starszy” i z nim pogadamy. Widzi on jednak jeden zasadniczy problem: u nich nie ma światła. Ale my mamy latarkę, co tylko częściowo rozwiązuje problem, bo żeby nas przepuścić musi uzupełnić coś na komputerze, a on potrzebuje nie tyle światła co prądu. To też żaden problem u nas na pokładzie jest 230V. Nie trzeba było długo czekać. „Starszy” powołał do życia na naszym stoliku, zasilany naszym prądem, punkt odprawy naszych paszportów. I tak oto Webasto ożywiło Kirgiską granicę. I tu pierwsze punkty lądują na koncie Kirgistanu.

Panowie pogranicznicy byli bardzo mili i, mimo że wyrwaliśmy ich ze snu, chętnie nam pomogli. Na widok naszych pieczęci deportacyjnych w paszportach poinformowali, że w Kirgistanie nic takiego nam nie grozi i możemy tu bez żadnego meldunku przebywać do 60 dni. Można? Można! Kolejny punkt mają za odprawę celną. Dotyczyła jedynie samochodu i jego kierowcy. Wszystko, mimo niesprzyjających warunków, poszło bardzo sprawnie. Kirgizi zabrali nam z zegarka jeszcze godzinę, a przy okazji zaistniała mała dziura waszym życiorysie. Z Uzbekistanu wyjechaliśmy o 9:00, a w Kirgistanie byliśmy dopiero o 10:00.

Nie ma rady. Musimy jechać ile się da, na zmiany, bez przerwy. 10 września wieczorem musimy być na granicy z Chinami.

Kolejne punkty dla Kirgistanu za:
(jak na razie) całkiem przyzwoite drogi,
ropę dostępną po prostu na stacjach.

Janek