I co tu myśleć?

Z jednej strony państwo policyjne, okropne formalności i trudne ich konsekwencje. Z drugiej strony bardzo serdeczni ludzie, pomocni i uczynni. Mowa oczywiście o Uzbekistanie, naszym miejscu internowania, jak sami z przekąsem nazywamy ten stan.

Dzisiejszy dzień miał być potencjalnie nudny, bo w zasadzie nie mieliśmy nic do robienia i nie bardzo coś robić mogliśmy. Do naszego sierżanta prowadzącego, Azisa musieliśmy dzwonić co jakiś czas, żeby ustalić co dalej. Nie mogliśmy się oddalać od hotelu na dłużej niż dwie godziny. Ale coś robić trzeba.

Postanowiliśmy wykorzystać okazję i przeznaczyć trochę czasu na dopieszczenie samochodu. Gospodarz hotelu zapytany o warsztat nie tylko wskazał kierunek, ale i zaprowadził Jacka na miejsce oraz zaanonsował nasz rychły przyjazd. Do robienia niby nie było dużo. Chcieliśmy zmienić filtr oleju, a do tego potrzebny był chociażby kanał. Panowie w warsztacie zwrócili jeszcze uwagę, że jeden z pasków klinowych wskazuje nadmierne zużycie. Mieliśmy go ze sobą, więc wymieniliśmy. Na sam koniec okazało się jeszcze, że na którejś wyrwie w drodze tylna prawa sprężyna wypadła z gumowej podkładki, jeszcze uzupełnienie powietrza i summa summarum zabrało to ponad godzinę dziarskiej roboty. Przyszło do płacenia, ale właściciel powiedział, że nic nie chce, bo jesteśmy gośćmi w Uzbekistanie. Po naciskach zgodził się na 50000 Sum (około 11 USD)! Podobna sytuacja miała miejsce wczoraj z naszym taksówkarzem przewodnikiem, który doprowadził nas do Urzędu Imigracyjnego. W czasie gdy Jacek i ja poszliśmy załatwiać formalności, reszta towarzystwa miała za zadanie uregulować należność kierowcy. No i co? Taka sama gadka. „Jesteście gośćmi, nic nie trzeba, ja tylko pomogłem”. I co tu myśleć o tym Uzbekistanie?

Nasz sierżant Azis, jak do tej pory, też wskazuje pełną chęć pomocy nam, chociaż jasnym jest, że wycieczka z nami 400 km w jedną stronę nie jest mu szczególnie na rękę.

Skoro już jestem przy temacie naszego internowania. Podobno już jutro zakończymy ten stan. Azis wezwał nas dzisiaj na komendę w celu podpisania dokumentów dotyczących naszej deportacji. Mieliśmy nawet okazję zobaczyć nasze paszporty. Od wczoraj jedziemy tylko na kopiach, które wykonał nam Azis. Podpisaliśmy dzisiaj cały plik dokumentów, które określały nasze przewinienie i wszystkie jego konsekwencje. Dokumenty były po rosyjsku, więc ich treść zweryfikowaliśmy mocno z grubsza. Po wszystkim sierżant zapowiedział, że przyjedzie po nas jutro o 7 rano. Mieliśmy wszyscy w duchu trochę nadzieję, że może uda się dzisiaj, ale niestety... Ogarnęliśmy więc dzisiaj prawie wszystko, żeby już jutro nic naszego wyjazdu nie spowalniało. Nie udało się tylko zatankować, bo w stolicy nie jest to tak proste, jak na prowincji.

W warsztacie, jak wszędzie, gdzie tylko jest okazja, zapytaliśmy skąd biorą się trudności w nabyciu ropy. Dostaliśmy odpowiedź, która najbardziej trzyma się kupy ze wszystkich do tej pory usłyszanych. Wynika to rzekomo z zapotrzebowania na ropę do ciągników rolniczych, a te pracują intensywniej w tym okresie, bo akurat są zbiory bawełny. Zbiory rozwlekają się w czasie, bo bawełna owocuje długo. Nie jest to proces nagły i gwałtowny.

Ze swojej strony stwierdzamy, po tych kilku dniach podróżowania po Uzbekistanie w szczycie sezonu zbioru bawełny, że kraj nie staje na głowie z powodu zbiorów. W zasadzie wszystko można normalnie załatwić (poza paliwem). Trochę ludzi na polach jest, ale reszta działa.

Na rano zostało nam jedynie tankowanie. Mamy nadzieję, że jutro będziemy mogli wam zameldować, że opuszczamy ten dziwaczny kraj. Kraj Timura Chromego, niegdyś potęga Azji (nie tylko Środkowej), kraj serdecznych ludzi, bawełny, dziurawych dróg, walizek pieniędzy i trudno dostępnego oleju napędowego, miejsce uświęcone krwią Polaków i wreszcie kraj, do którego nie będziemy mogli wrócić przez najbliższy rok.

Janek