I doigrali się

Po wczorajszym dniu, dzisiaj wstaliśmy pełni entuzjazmu do odkrywania Uzbekistanu. Tym bardziej, że od kilku dni wyraźnie potwierdzamy, że warto iść na wschód. Tam jest jakaś cywilizacja! Im bliżej Taszkientu, tym drogi lepsze i szersze, paliwo tańsze, a kurs dolara lepszy. Rano jeszcze dwa cmentarze: Olmazor I i II, a potem szybciutko do Taszkientu.

Po stolicy tak dziwacznego kraju spodziewaliśmy się, w sumie sami nie wiemy czego, ale czegoś więcej. Taszkient niczym się w zasadzie nie wyróżnia, ani architekturą, ani zagospodarowaniem miejskiej przestrzeni, ani nawet dynamiką ruchu drogowego. No dobra, jest jedna ciekawa rzecz - Bazar Chorsu.

To największy bazar w Azji Centralnej. Powierzchnia i organizacja istotnie jest imponująca. Jest nawet specjalny sektor dla handlarzy jajkami, podobnie z innymi produktami. Część budynków jest nawet dosyć interesująca architektonicznie. Oferta jednak trochę nas zawiodła, bo nie byliśmy zainteresowani kupowaniem świeżego mięsa, serów czy roślin doniczkowych. Dopiero na sam koniec trafiliśmy do sektora rękodzielniczego. Bazar ma na szczęście charakter użytkowy dla Taszkientczyków i nie jest zdominowany badziewiem turystycznym. Dzięki temu mogliśmy podziwiać jak na naszych oczach powstawały zdobne rynny, noże, siekiery, czy drewniane tralki. Podczas próby zrobienia zdjęć przy użyciu Parott'a, jak spod ziemi, wyrósł policjant i kategorycznie zabronił takiego działania, bo na terenie bazaru znajdują się obiekty tajne. Jakie? No, tajne... Można się tylko domyślać.

W Uzbekistanie jest obowiązek meldunkowy. Zanim więc udaliśmy się na bazar podjęliśmy próbę uregulowania formalności meldunkowych. W pobliskim hotelu nie udało się tej sprawy załatwić, ale skierowano nas do biura służby imigracyjnej. Tam dowiedzieliśmy się, że jeżeli wyjedziemy dzisiaj, to nie ma problemu, bo obowiązek meldunkowy nie zaistnieje. Postanowiliśmy jednak, że dla bezpieczeństwa, po zwiedzaniu bazaru, poszukamy innego hotelu i uregulujemy sprawę meldunku. Druga próba również zakończyła się niepowodzeniem i skierowano nas do centralnego urzędu meldunkowego. Już to powinno nam dać do myślenia, a nie dało. Pojawił się też problem. Taszkient to dosyć duże powierzchniowo miasto i mało kto mógł nam wskazać na mapie, gdzie dokładnie ów urząd się mieści. Była godzina 17, a my próbowaliśmy po wstępnie ustalonej trasie rozpytywać kolejnych przechodniów o szczegóły dojazdu. Dowiedzieliśmy się już, że OwiR (skrót nazwy urzędu) czynny jest do 18. Zrezygnowani słabymi postępami i rozbieżnymi azymutami wskazywanym przez kolejnych przechodniów zaczepiliśmy taksówkarza. Szczęśliwie i nieszczęśliwie, taksówkarza starej daty. Od razu wiedział gdzie trzeba jechać i poprowadził nas właściwą trasą. Jedziemy za nim. I tu objawiła się wada naszego przewodnika – starej daty znaczy oszczędny. Nawet jak na nasze osiągi mocno przeciążonych koników mechanicznych, to było wolno. Za taksówką jechaliśmy już dobre piętnaście minut, gdy zadziała się rzecz wręcz oczywista. Do rutynowej kontroli zatrzymuje nas pieszy policjant. Jemu się nie spieszy. Dokumenty, pogawędka i jest problem szyby. Nie, nie chodzi o naszą pseudo szybę z pleksi. Chodzi o szyby boczne, tylne, gdyż w Uzbekistanie jest kategoryczny zakaz ich przyciemniania. Nasze, nie dość, że częściowo przyciemnione, to jeszcze oklejone. Tłumaczymy, że się spieszymy, że jesteśmy podróżnikami i że nikt do tej pory, podczas już chyba 1000 kontroli, nawet nie zwrócił na to uwagi. (Przy okazji wspomnę, że temat braku OC też nigdy nie wypłynął). Policjant jest jednak nieugięty. Zaczyna się gadka o zrywaniu wszystkiego i mandacie. Co tu robić? Wracamy do pomysłu transferu 10 zielonych przez słownik, który poszedł w ruch. W międzyczasie policjant dostrzega GoPro rejestrujące całe zdarzenie i się zaczęło. Wszystkie, do tej pory wytoczone argumenty, choć bardzo racjonalne, nie są już istotne. Część naszych paszportów jest w rękach policjanta, który w międzyczasie wykonuje liczne połączenia telefoniczne. Nam wyobraźnia podpowiada już rychłe pakowanie busa na lawetę. Jest 17:56 i nagle, zupełnie niespodziewanie, policjant oddaje słownik i dyszkę. Prosi, abyśmy uważali, oddaje dokumenty i życzy szerokiej drogi w przelocie rzucając jeszcze, iż potwierdził, że pożądany przez nas urząd pracuje do 20. Uff! Od celu dzieliło nam może 1000 m. Na miejscu byliśmy za kolejne 3 minuty.

Odwiedzamy jeden pokój, potem drugi, jak to w urzędzie odsyłają nas między kolejnymi inspektorami. Wreszcie trafiamy do właściwej osoby. Rzut oka na nasze wizy, zmarszczone czoło i… zostajemy sami, wyszedł. Za chwilę zagląda i każe czekać. Na horyzoncie pojawia się kolejny urzędnik, z jedną gwiazdką na pagonie więcej. Potem pojawia się człowiek ubrany po cywilnemu. Z doświadczeń na posterunkach drogowych wiemy, że oni są najgorsi. To coś w rodzaju Służby Bezpieczeństwa. Po kilka razy zadają trudne pytania: skąd?, dokąd?, w jakim celu? Dlatego po kilka razy, bo jakby czekali, że się pomylisz. Przepisują bez sensu nasze dane z paszportu na jakiś świstek, wywołując tym u nas nadmierny stres. Jako że zawsze mówimy prawdę, to jedynie czasu szkoda. Tym razem Pan Cywil jest bardzo miły, ale technika ta sama. Co robiliśmy przez 3 dni? No, jak to co? Podróżowaliśmy. Ale gdzie byliście? Wymieniamy miejscowości po kolei. Niebawem robimy to kilka następnych razy, co prawda w różnych konfiguracjach, bo wymienianie przeplatane jest innymi pytaniami np. o to czym się zajmujemy w Polsce. Wreszcie na dowód naszych zeznań proponuję pokazanie zdjęć. Pan Cywil ochoczo zgadza się na moją propozycję.

Kiedy wracam z samochodu słyszę, jak odczytuje z kodeksu paragraf, który złamaliśmy - podróżowanie po kraju bez odpowiednich dokumentów. Cały czas zachowujemy nadzieję, że jakoś to da się załatwić. Z pewnością zaraz wyjmie jakiś magiczny papier, okrasi go stosownymi pieczęciami i się rozstaniemy. Nie tym razem. Tym razem właśnie tytułowo doigraliśmy się. Albo 6 500 000 Sum (sześć i pół miliona = około 1500$) za osobę, albo deportacja. Jasne, że nie jest nam specjalnie na rękę rozstać się łącznie z 7500$ więc decydujemy się na deportację. Zostaje nam przedstawiona cała procedura. Policjanci sporządzą stosowną dokumentację, a następnie, pod eskortą zostaniemy odwiezieni do granicy. I tu uwaga, Uzbekistan idzie nam na rękę – możemy wybrać na którą granicę! Ale tutaj niestety kończą się dogodności. Cała operacja może potrwać nawet do 3 dni. Prosimy, uprzejmie tłumacząc naszą sytuację, żeby załatwić to maksymalnie szybko. Co z tego wyjdzie - okaże się wkrótce. Skoro już jesteśmy takim podejrzanym elementem, to musimy być pod kontrolą i tym samym skończyły się nasze dzikie noclegi. Paszporty zostają zatrzymane, a my dostajemy ksera. Miły młody policjant odstawia nas do wybranego przez siebie hotelu i tam mamy grzecznie siedzieć i czekać na sygnał o wyjeździe.

Dlaczego powstała ta cała nieprzyjemna sytuacja? To zbieg nieszczęśliwszych okoliczności. Źle zinterpretowaliśmy informację, że trzeba się zameldować w przypadku pobytu dłuższego niż 3 dni. Trzeba zameldować się od razu, a nie dnia 3 czy 4. Do tego doszedł fakt kilkakrotnego wprowadzenia nas w błąd przez policjantów, którzy w sprawie rejestracji cały czas wysyłali nas do Taszkientu.

A więc siedzimy i czekamy. Zameldujemy, jak coś się ruszy.

Janek