Nie tak szybko

Poprzednią relację zakończyłem snuciem planów o rychłym ponownym połączeniu się składu wyprawy. Założenie, że tak się stanie, oparłem oczywiście o doświadczenia funkcjonowania portów, ale nie tych azjatyckich. To był błąd.
Statek, owszem, dopłynął do portu o czasie. Z okolicy mostku mieliśmy nawet przyjemność, za przyzwoleniem kapitana, obserwować sam manewr wchodzenia do portu. Cała operacja odbyła się z honorami, które nie pasują do opisywanego wczoraj ogólnego klimatu na statku. Na dziobie była bowiem flaga Kazachstanu, a z nabrzeża przywitał nas hymn Azerbejdżanu.
Po tym wszystkim nastąpiła odprawa. Wszyscy zeszli do kajut. Po chwili pojawili się pierwsi mongoidalni mundurowi, rozdali karty imigracyjne, a następnie po kolei, pojedynczo stawialiśmy się przed służbistką z kontroli granicznej. Pieczątki w paszporcie już są, więc co? Idziemy po samochód i chodu. Tak, to by było za pięknie!
Z nabrzeża odebrał wszystkich pasażerów (w tym nas) bus i zawiózł do budynku terminala. Tam dosyć szybko okazało się, że Waldek musi wracać na prom po samochód. Po co zatem cała operacja wożenia nas tym busem? To już na zawsze pozostanie tajemnicą. W czasie kiedy Waldek wracał po samochód dotarły do nas bardzo złe wieści. Zanim samochód wjedzie do Kazachstanu, czyli przekroczy szlaban portu, musimy wnieść opłatę za… w sumie nie wiadomo za co, ale w kwocie 20$. Ok, mamy, nie ma problemu. A jednak problem jest, bo kasa w porcie będzie czynna dopiero jutro od 9:30. My możemy port opuścić, proszę bardzo, ale samochód zostaje. Taką samą sytuację miało dwóch Gruzinów podróżujących drugim obecnym na promie samochodem. Do naszej wesołej ferajny dołączyły jeszcze dwie Brytyjki, którym nie było szczególnie na rękę rozpoczynać kolejny dzień jazdy rowerem po zmierzchu.
Tak więc, ostatecznie, w 7 osób wylądowaliśmy na asfaltowym pustkowiu w porcie pod bacznym okiem strażnika na wieży, między dwiema bocznicami kolejowymi. Przed wyjściem z budynku terminala dostaliśmy jeszcze reprymendę o zakazie chodzenia po porcie w sandałach i krótkich spodenkach! Jak mogliśmy o tym nie wiedzieć?! Przecież to zakaz narzucony przez naczelnika portu!
Dalsza część wieczoru nie mogła potoczyć się inaczej jak się potoczyła. Był nasz stół, krzesła i konserwa. Gruzini w posagu wnieśli czaczę i kiełbasę, a Brytyjki ciastka. Niepokojące było to, że czaczy były dwa kartony.
Po około godzinie dołączył do nas jeszcze sierżant portowej straż granicznej, znany naszym kaukaskim druhom z wcześniejszych pobytów w Aktau. Sierżant nie pił i nie spożywał świniny, za to szybko wypatrzył naszą colę. Poratowaliśmy Brytyjki jednym z naszych namiotów, bo ich namiot można było rozstawić tylko z użyciem śledzi, a w tym przypadku byłoby to możliwe jedynie z użyciem dynamitu lub młota udarowego. Ostatecznie, najdłużej biesiadowali Amiran z Waldkiem. Mogli sobie na to pozwolić, bo i tak do 9:30 mogliśmy smacznie spać. O całym zamieszaniu związanym z opuszczeniem portu poinformowaliśmy ekipę lotniczą. Chłopaki też nie byli szczególnie zachwyceni z takiego obrotu sprawy, w końcu oznaczało to dla nich przekoczowanie na lotnisku przynajmniej do rana.
Około 9:00 znany nam od wczoraj pogranicznik dyskretnym sygnałem ręki zaprosił kierowców do siebie. Waldek i obaj Gruzini uzbrojeni w dokumenty wozów zniknęli za rogiem jednego z portowych budynków. Po około dwóch godzinach ich nieobecności zaczęliśmy się z Jackiem poważnie denerwować. Waldek wrócił po ponad dwóch godzinach bogatszy o plik papierów i biedniejszy o 20$.
Podjechaliśmy do bramy - tutaj pierwsze rozczarowanie. Do opuszczenia portu brakuje nam kilku pieczątek. Pozbieranie ich zajęło nam kolejne kilkanaście minut, aż wreszcie po 12:00 wyjechaliśmy z portu w kierunku lotniska. Darek i Sławek wyglądali nas z takim utęsknieniem, że zanim daliśmy im znać, że jesteśmy już pod portem, zdążyli wybiec do nas sami. Historyjkami wymieniliśmy się już podczas drogi do Fortu Szewczenko. Noc, którą my spędziliśmy na promie, Sławek i Darek spędzili w hostelu w Baku. Okazało się tam jednak, że meldunek nie jest potrzebny przy pobycie do 10 dni. W dniu wylotu pojechali z nudów na lotnisko dużo za wcześnie, a mimo to prawie spóźnili się do odprawy. Następną noc, w wyniku niezaplanowanego przestoju na lotnisku, przekoczowali, trochę jak nomadzi, albo kloszardzi kryjąc się przed wzrokiem i niezręcznymi pytaniami ze strony pracowników.

Po połączeniu sił ruszyliśmy po północ, a później na wschód Kazachstanu, w kierunku granicy z Uzbekistanem. Tym razem nie będę się spieszył z określaniem prawdopodobnego miejsca naszego noclegu, bo droga właśnie się skończyła. Wleczemy się 15 km/h po objeździe. Chcielibyśmy dzisiaj dotrzeć do granicy z Uzbekistanem.

Janek