Morskie fale!

Kulturalna, uprzejma obsługa, własna kajuta z prysznicem i toaletą, smaczne jedzenie serwowane w okrętowej mesie, wyborne towarzystwo, rozrywka zapewniona przez załogę statku.Tak to może i jest na Queen Mary, ale nie dla nas takie luksusy. My przecież nie jesteśmy jakimiś turystami, tylko podróżnikami. A przede wszystkim nie pływamy między jedną a drugą wyspą karaibską.

Ale po kolei.

Jak już wiecie, wczoraj Waldek, Jacek i ja wjechaliśmy na prom z Baku (Aljaty) do Aktau. Prom wypłyną około 21:00 czasu lokalnego (+3 względem Polski) i do celu ma dotrzeć po około 24 godzinach. Jak wygląda życie na promie?

Kulturalna uprzejma obsługa – Wika w kasie powiedziała, że oprócz biletów, które opłaciliśmy u niej, będziemy musieli zapłacić w porcie jeszcze 15$ opłaty portowej. I rzeczywiście, tuż przed grodzią promu pojawił się człowiek, który owe 15$ skasował. Co prawda, najpierw powiedział 50$, po chwili poprawił się na 20$, a na wyraźny komunikat od Jacka, że informowano nas o 15$, ustąpił. Tyle, że potem pojawiło się kilku następnych, którzy też podawali się za inkasentów owej opłaty. Co więcej, opłata urosła.
Najpierw pojawiło się pytanie ile zapłaciliśmy u Wiki. Siedemset trzydzieści dolarów, a skoro jest nas trzech, tzn. po przeprowadzeniu rachunku 730-110*3 wynika, że samochód ma 4 metry.
Chwilę później usłyszeliśmy, że rzekomo źle nas poinformowano, bo 15$ to jest opłata za metr samochodu czyli musimy zapłacić 45! Oczywiste braki w matematycznym rozumowaniu podkopały wiarygodność inkasenta. Olaliśmy go, a kwestia opłaty zniknęła jak za dotknięciem różdżki, kiedy tylko pojawił się kapitan.
Własna kajuta... – kiedy wjechaliśmy na prom obsługa zaprowadziła nas do kajuty. Kajuta nr 4, w środku dwie piętrowe koje, razem cztery łóżka i nieprzyjemny zapach jej lokatora. Każdy z nas w duchu się zmarszczył, ale z dodatkowym lokatorem trzeba było się liczyć, skoro było nas 3. Po krótkiej ścince z etażową, lokator się wyprowadził, bo okazało się, że był pracownikiem promu. Smrodu zapomniał zabrać ze sobą.
Równolegle negocjacje lokalowe prowadziły dwie Angielki, które na prom przyjechały na rowerach. Jakież było ich zaskoczenie, że:
a) mają do dyspozycji jedno miejsce,
b) na promie nie ma oddzielnie kajut męskich i damskich,
c) po chwili negocjacji ustalono, że mogą ewentualnie mieć dwa miejsca w różnych kajutach.

Trochę zniechęcony klimatem panującym w kajucie, trochę w trosce o dobro pozostawione w samochodzie i trochę z przywiązania do hamaka, zadeklarowałem chęć odstąpienia mojej koi jednej z nich. To wyraźnie jednak ich nie uspokoiło. Czy Jacek i Waldek wyglądają aż tak groźnie? Dokładne oględziny kajuty przyniosły kolejne szokujące fakty. Łazienka jest zamknięta!
- Tak, tak –   informuje pani etażowa – ona jest zepsuta i nie działa.
- Jak to?
- Na korytarzu jest ogólnodostępna, ona jednak nie jest wyposażona w prysznic.

Po raz kolejny potwierdza się: kto ze sobą nosi, ten się nie prosi. Dziękujemy, Webasto!

Smaczne jedzenie… - smaczne to może i jest, ale za to ilość i proporcje są komiczne. Zupa jak zupa, trochę wodnista, ale da się zjeść. Za to drugie danie na kolację, mmmm... podsmażane ziemniaczki i podsmażane ziemniaczki i podsmażane ziemniaczki, a nie, nie, jest tu coś jeszcze! O! Skrzydełko kurczaka, jedno, słownie jedno! Do tego herbata i znana już z Gruzji oranżada estragonowa. A i chleb w koszyku na stałe umieszczonym w foliowym woreczku tak ciasnym, że wsadzenie tam ręki jest prawie niemożliwe. Może to i dobrze, bo nie ma co grzebać. Chleb tak twardy, że bez moczenia w zupie nie pójdzie. Czas na zjedzenie posiłku iście sprinterski, bo pani etażowa nie będzie potem zmywać po nocach.
Gdy po kolacji poszliśmy na obchód jednostki, wyszła na jaw straszna prawda. Obsługa ma lepiej! Oprócz wymienionych składników mają do dyspozycji warzywa i to dwa rodzaje, ogórki i pomidory. Poza tym, zamiast skrzydełka jest udko. Coś mi podpowiada, że chleb też jest świeższy.

Śniadanie: masło, gruby plaster białego sera i… nutellopodobne smarowidło. Chleb ten sam – tylko w gorszym stanie. A, zapomniałem wspomnieć, że ten zestaw był na nas trzech (jest na zdjęciu), za to do śniadania nie było talerzy. W zamian można posiedzieć trochę dłużej, bo zmywanie nie pili. Obiad jak kolacja, chleb ten sam.

Wyborne towarzystwo... - jest dwóch Gruzinów jadących z pociągiem-chłodnią pełnym zamrożonych amerykańskich udek kurczaków. Udają się do Uralska. Są wspomniane dwie Brytyjki na rowerach jadące do Hong Kongu. Jest Hiszpan, który rzucił korpo i jeździ po świecie nurkując i wspinając się od czasu do czasu. Jest Gruzin jadący samochodem i jesteśmy my trzej. I chyba tyle, chociaż pewności nie mam.

Rozrywka zapewniona przez załogę statku... – nie ma dancingów, nie ma grania do kotleta, nie ma kasyna i tym podobnych. Jest za to prawie 100% swoboda. Bez większych problemów Jacek załatwił nam wejście na mostek i w zasadzie mogliśmy tam robić, co chcieliśmy. Obsługa bardzo chętnie wytłumaczyła do czego służą konkretne urządzenia, pozwoliła nam zrobić sobie zdjęcie za sterem, a rano Jacek nawet przez chwilę sterował: 5 st. w prawo, 5 st. w lewo. To jeszcze nic. Obsługa naprawdę nas zaskoczyła dopiero później.
Kurczak na kolację, kurczak na obiad... skąd ten kurczak? Z zamrażalnika, przecież oczywiste. Otóż nie!
Nasz rejs jest stosunkowo krótki, ale rządzi się prawami podobnymi do tych na osiemnastowiecznych żaglowcach. Jedzenie chodzi po statku tak długo, aż będzie potrzebne! Tak, na statku jest kurnik (za tą kratą po lewej stronie od busa).
Po obiedzie trzech marynarzy rozłożyło na pokładzie niewielki karton i przyniesionym długim nożem rozpoczęli pokazowy ubój rytualny. Pod topór poszły cztery kurczaki. Straciły życie w sposób tradycyjny, bez ogłuszania, wykrwawiając się na wspomniany karton. Po wszystkim, jeszcze lekko wierzgające, wylądowały w reklamówce, a ta zapewne w rękach etażowej. Nie ma się co dziwić. Płyniemy z jednego muzułmańskiego kraju w Azji do drugiego.

Poza tym, czas na promie przeznaczyliśmy na nadrobienie braków w księgowości, sprzątanie i małe pranie. Ciekawe, jakie przygody mieli chłopaki-lotniki. Tego dowiemy się za jakieś 4 godziny. Wtedy mamy nadzieję odebrać ich z lotniska w Aktau. Plan na dzisiejszą noc to Fort Szewczenko.

Janek