Wszystko się kiwa

Nie, nie tylko prom.
Przede wszystkim, my się kiwamy, między naszą noclegową plażą, a portem, a konkretnie Panią Wiką.

„Przyjdźcie za godzinę, za piętnaście minut, może jutro” itd. itd.

Ta kobieta robotę ma straszną. Jeżeli tylko my, od dwóch dni, byliśmy u niej w różnych konfiguracjach osobowych ze 30 razy, a na prom chce się załapać kilkanaście osób, to ona musi przeżywać mordęgę. Trochę zrezygnowani, a jednocześnie silnie zdeterminowani, zaczęliśmy się nawet skradać koło niej z małym podarunkiem. Zacząłem ja, od 20, ale jakoś nie byłem przekonany, czy to coś da. Potem próbował Jacek, że poważniejszy, ale tym razem nie było płaszczyzny do rozmowy. Potem podarunek urósł o 30. W ten sposób słownik, który był narzędziem wspierającym komunikację, też odwiedził Panią Wikę kilkanaście razy.
Ostatecznie okazało się, że jej intencje są czyste i nie wykorzystuje stanowiska dla prezentów. Co mogła - załatwiła. Postawiła sprawę krótko: tolka maszina i wadzitiel, a reszta samolotem. Podpowiedziała nawet, że samolot lata dwa razy dziennie (co akurat nie jest do końca prawdą bo zależy od dnia). Dobra, bierzemy, co jest.
Za jakiś czas okazało się, że jest jeszcze jedno miejsce. Płynie Waldek i Jacek.
Koło portu od rana zaczęli się też kręcić czterej Niemcy, którzy przyjechali wozem strażackim. Oczywiście, odpowiednio zmodyfikowanym i na pewno bardzo zasłużonym. W porcie, ma się rozumieć, byli po to samo, co my. Jednak nie bardzo podobała im się opcja rozdzielania się i nie zdecydowali się płynąć tym razem tylko poczekać na następny prom. Osobiście uważam, że to słaba decyzja, jest wielce prawdopodobne, że na następnym promie sytuacja będzie taka sama i tą metodą mogą się nie doczekać. Jednak dzięki ich wycofaniu się, ja też płynę.
Całe to zamieszanie i wyczekiwanie na prom bardzo negatywnie odbiło się na licznie robionych zdjęć. Próbowaliśmy nawet między jednymi, a drugimi odwiedzinami u Wiki, wyskoczyć na miasto i strzelić kilka kamieniczek, ale bezskutecznie. Nie było rady: prom jest priorytetowy.
Ostatecznie Wiki upchnęła nas trzech i samochód na promie, a Darek i Sławek lecą samolotem. Najbliższy jest jutro o 21:00. Przez ten czas muszą zameldować się  w hostelu, bo dzisiaj o 23 upłyną 72 godziny, w ciągu których nie trzeba się meldować. Hostel jest im więc potrzebny i dla formalności i żeby nie spędzić nocy na ławce w parku. Okazuje się, że bilet lotniczy jest tylko nieznacznie droższy niż bilet na prom. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to my powinniśmy dopłynąć do Aktau kilka godzin przed chłopakami-lotnikami.
W drodze do Aliaty (port około 70 kilometrów za miastem, skąd odpływają promy do Kazachstanu) odstawiliśmy chłopaków w okolice hostelu, ja obleciałem kilka kamieniczek w celach fotograficznych i zajechaliśmy jeszcze raz (byliśmy tu już wczoraj bezskutecznie) do zatoki Bibi-Ejbat poszukać grobu inżyniera Pawła Potockiego. Tym razem się udało.
Krajobraz byłej morskiej zatoki jest niesamowity – cały się kiwa. Ociężale, ale skutecznie pracują pompy na chwałę i bogactwo Azerbejdżanu. Są ich setki, porozrzucane bez żadnego porządku i powstają następne. To, że Azerbejdżan ropą stoi jest jasne ponad wszystko. Co tylko może nawiązuje w kształcie lub kolorze do płomienia, szybu naftowego, kropli itp. Najlepiej jeżeli uda się w to wpleść trzy azerskie barwy narodowe - wtedy jest super!
Wracając do grobu, istotnie  ostatnia wola Pawła Potockiego została wypełniona. Chciał on bowiem spocząć na terenie zatoki, którą swoją ciężką, inżynierską pracą wyrwał morzu. Azerowie wywiązali się w 100%. W końcu to pośrednio dzięki niemu dzisiaj stać ich na taki przepych w Baku.
Tymczasem my już pakujemy się na prom. W samym porcie wszystko poszło bardzo sprawnie i po raz kolejny okazało się jak mały jest świat. Pogranicznik w porcie zna polski, bo był na rocznym kursie w Kętrzynie. O samym promie i tym co się na nim działo, jak żyło, napiszemy już po dobiciu do brzegu w Aktau.