Z Gruzinami…


… nie jest łatwo! Dzisiejszy dzień obsypał nas gradem niesamowitych wydarzeń.

Zacznijmy tak, jak jest najlepiej, czyli od początku.

Wczorajszą noc spędziliśmy utuleni do snu przez dźwięk wodospadu tbiliskiego ogrodu botanicznego. Miejsce wydawało się zaciszne, poza wodospadem. Głównie dlatego, że wieczorem nastąpił zmasowany atak odwiedzających, ale po męczącym dniu specjalnie nam to nie przeszkadzało. Rano sprawnie zwinęliśmy obozowisko i skierowaliśmy się do Lagodeki.
Dystans, jak dla nas, żaden - 150 km. Droga jak to w Gruzji: taka sobie. Po drodze wskoczyliśmy jeszcze na małe latanie do Signahi.
Nasza idylla skończyła się 15 km przed Lagodeki. Skończyła się olbrzymim hukiem i orzeźwiającą bryzą tłuczonego szkła wypełniającą wnętrze busa. Zanim się zorientowałem co zaszło przejechałem - jak się później okazało - jakieś 150 m (warto zapamiętać tę wartość) i zatrzymałem się na poboczu. Wszystko było jasne: nie ma szyby bocznej od kierowcy i lusterka. Pytanie: co zaszło z drugiej strony? Zanim otrzepałem się ze szkła i otworzyłem drzwi, stał już za nimi czarny (bo jaki by inny) Gruzin z owłosionym plecami i brzuchem o objętości kilku uczciwych arbuzów, wykrzykujący w moim kierunku - jak mniemam - niezbyt ciepłe słowa. Okazało się, że jego lusterko jest popękane, a zamiast – jak my – stracić całą szybę boczną, stracił tylko trójkątną nieruchomą. Mój przeciwnik powoził marszrutką marki Mercedes Sprinter na trasie Granica – Tbilisi. Na pokładzie miał kilka osób, w tym młodą Gruzinkę, która od razu aktywnie włączyła się w negocjacje między stronami. Od razu udało się sformułować akt oskarżenia przeciwko mnie, który zakładał, że przekroczyłem oś jezdni i spowodowałem tę stłuczkę (potem okazało się, że był jeszcze jeden mały szczegół). Szybko stało się jasnym, że nasze zeznania są lustrzanie odwrotne i nie ma szans na dogadanie się. Wzywamy policję, znaczy oni wzywają, bo przecież my się nie dogadamy. No i czekamy. Wspomniana młoda niewiasta była momentami nawet bardzo nieprzyjemna zarzucając nam, że nie traktujemy sytuacji poważnie. Na policję czekaliśmy około 30 min., a w międzyczasie przyjęliśmy spójną (jak na pięciu Polaków) wersję zeznań. Po przyjeździe policji w zasadzie nie zostaliśmy włączeni formalnie w czynności. Policjanci wysłuchali tamtej strony i przystąpili do pomiarów i wykonywania szkicu. I to był moment na pierwszą propozycję dogadania się: Gruzin zaproponował, że my płacimy nasz mandat, jego mandat i zwracamy mu koszty uszkodzeń, bo jeżeli się nie dogadamy to samochody zostają na ekspertyzę, która potrwa 2 miesiące, a po wszystkim, jeżeli wina będzie po naszej stronie, to poniesiemy jeszcze koszty jego utraconych zarobków. Oczywiście odrzuciliśmy tę propozycję jako abstrakcyjną. Tłumaczyliśmy oczywiście, że szkody i wina jest w maksymalnym wariancie równomierna. W międzyczasie wykonaliśmy telefon do ambasad – co tu z nimi zrobić? Raz na zawsze rozwiewam w tym miejscu jakiekolwiek wątpliwości: W GRUZJI NIE DZIAŁA ZIELONA KARTA! Niemniej jednak w niczym to nie przeszkadza. Panowie policjanci zniecierpliwieni brakiem konsensusu zapowiedzieli - 5 min albo wzywamy „egzekutora” - ktokolwiek to jest! No, dobra, jak tak wygląda sprawa to, proponujemy: każdy płaci mandat za siebie i oddajemy mu za koszty, niech mu będzie. Ale nie! Nie odpowiada mu, bo szyba droga (75$) i mandat drogi. Ostatecznie w tempie ekspresowym, jak zakup dywaników, ustaliliśmy 90$ i mandaty każdy za siebie. Kasa wpłacona, następnie jedziemy na komisariat złożyć zeznania i wypisać mandaty. Komisariat zlokalizowany był na szczęście w naszym docelowym kierunku, ale panom policjantom przypomniało się, że nie zabrali od nas praw jazdy i dowodu rejestracyjnego. Ostatecznie, do Lagodeki dotarliśmy pod eskortą radiowozu. Do komisariatu w pierwszej wersji zostaliśmy zaproszeni my, jako kierowcy, i Tamar – owa młoda Gruzinka, która w międzyczasie okazała się być całkiem miłą osobą zainteresowaną równie jak my, szybkim rozwiązaniem problemu i rozjechaniem się w swoich kierunkach. Za chwilę dołączył do nas jeszcze Jacek, bo najlepiej z nas komunikuje się w języku rosyjski, a w całej akcji łącznie używaliśmy trzech języków: ja - angielski, Jacek – rosyjski, a Tamar - angielski, rosyjski i oczywiście gruziński. Wypisywanie dokumentów trwało w nieskończoność. Mandat ma format A4 i jest olbrzymim polem do popisu dla grafomanów. Do tego doszedł jeszcze oddzielny formularz zeznań, a wszystko okraszone odszukiwaniem w moich dokumentach właściwych i potrzebnych danych. Było też dmuchanie w alkomat oraz już zupełnie luźne i miłe rozmowy. Mandat 250 lari, czyli około 110$, należy opłacić w banku dnia następnego. Hmm..., ale my dnia następnego  będziemy już w Azerbejdżanie!
„Inaczej nie da rady, możecie pojechać na granicę, może tam wam coś poradzą.”
W międzyczasie, kiedy my regulowaliśmy formalności, Sławek, Waldek i Darek rozgrywali na ulicy przed komisariatem mecz w siatkówkę z dwiema Holenderkami – pasażerkami busa, ku uciesze naszych znajomych policjantów. Szybka wymiana danych celem odnalezienia się na fejsbuku, szybkie selfi i w drogę.
Bank jest na granicy. A zatem: jedziemy na granicę do banku, czy najpierw zwiedzić Lagodeki? Do granicy jest 8 km, bank jest otwarty 24 godziny, zatem damy radę jeszcze pojechać do Lagodeki. Przy najbliższej okazji kupujemy w sklepie lusterko kosmetyczne w wiadomym celu.
W Lagodeki szukamy wszystkiego, co związane z życiem polskiego botanika Ludwika Młokosiewicza. Zagadujemy kilka osób o cmentarz, park, cokolwiek. Oczywiście, to nazwisko nie mówi wszystkim tak dużo, jak mogłoby się wydawać. Jesteśmy wysyłani w kolejne przecznice. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zaczepiona losowo na ulicy para kobiet okazuje się być pra- i praprawnuczką naszego bohatera. Niestety, w sumie niewiele mogą nam pomóc, bo też są tu na wakacjach. Krążymy dalej, pytamy kolejne osoby i w końcu jakiś pan pojechał z nami i pokazać co i gdzie. Finalnie doprowadził nas do kolejnego człowieka, imieniem Walerij, który okazał się być historykiem, autorem biografi L. Młokosiewicza, a w Lagodeki jest nazywany Małym Młokosiewiczem. Doprowadził nawet do tego, że ulica, przy której mieszka, oraz przy której znajduje się ogród dendrologiczny stworzony przez Polaka, nosi dzisiaj nazwę L. Młokosiewicza! Dzięki uprzejmości Waleriego sprawnie dotarliśmy na cmentarz, przeszliśmy się po parku i zobaczylismy dawny polski kościół oraz koszary, w których służył Młokosiewicz.
Na nas już czas. W końcu musimy się jeszcze zmierzyć z zagadnieniem opłacenia mandatu i granicą z Azerbejdżanem.
Bank jest dosłownie na granicy, czyli już nie w Gruzji, a jeszcze nie w Azerbejdżanie.  Opuszczamy zatem Gruzję, ale problemy się nie kończą, a w zasadzie rozkręcają się. W banku nie mogę opłacić mojego mandatu, bo jeszcze go nie ma w systemie. Będzie jutro między 10 a 11. Pogranicznicy wyrażając zrozumienie dla naszego problemu i radzą sprawę olać, bo i tak nikt nas za granicą nie będzie ścigał. Tyle tylko, że ja odwiedzam Gruzję częściej niż raz w roku i przy próbie następnego wjazdu pojawiłyby się problemy. Nie ma rady. Albo zostajemy do rana albo… no właśnie… Walerij! Trzeba do niego wrócić i poprosić, żeby opłacił mandat w moim imieniu w ciągu najbliższych regulaminowych 30 dni. Ale żeby to zrobić, musimy ponownie wjechać do Gruzji! Zajmuje to jakieś 3 minuty. U Waleriego jesteśmy w kolejne 7. Wszystko jest jasne i załatwione zanim jeszcze zdążyliśmy wyartykułować o co chodzi.
Jeszcze tylko rzut oka na treść zarzucanego mi czynu. Okazuje się, że stworzyłem zagrożenie w ruchu – ok,  spowodowałem uszkodzenie mienia – ok, uciekłem z miejsca wypadku - ??? Tak, tak, chodzi o te 150 m. Teraz to i tak bez znaczenia.
Przy drugim podejściu wyjeżdżamy z Gruzji skutecznie. Napis na tablicy informacyjnej przed granicą z Azerbejdżanem życzący powodzenia daje do myślenia.

Summa summarum, przekroczenie granicy zajęło kilka godzin. W trakcie okazało się, że my, owszem, możemy wjechać do Azerbejdżanu na 30 dni, ale nasz samochód jest objęty kaucją w wysokości 50 euro, która przepada, jeżeli nie opuści kraju gejzerów ropy naftowej w ciągu 72 godzin. Co robić? Będziemy próbować, najwyżej przepadnie. Od granicy odjechaliśmy 30 km i możemy powiedzieć tylko, że Azerowie utrzymują samochody w czystości, a ulice ewidentnie wskazują na zasobność publicznego skarbca.
Jutro przyjrzymy się bliżej Azerbejdżanowi. Na razie idziemy odpoczywać, bo jest po czym.

P.S. Nadal uważam, że po Gruzji jeździ się bardzo przyjemnie.

Janek