Noc na komisariacie

Posadzili nas za latanie dronem nad ważnymi państwowymi obiektami.

Żartowałem, sami się posadziliśmy, a w zasadzie rozbiliśmy i to obok przydrożnego komisariatu koło Kutaisi. I rozbiliśmy obozowisko, a nie samochód.

A posadzić nas mieli za co. Od rana mieliśmy zamiar atakować sąd apelacyjny w tymże mieście. Atakowaliśmy w sensie zmasowanej akcji fotograficznej. Operacja zakończona sukcesem. Udało mi się nawet dosyć swobodnie wejść i po przechadzać po korytarzach sądu apelacyjnego, gdzie w dzień roboczy, po 8 rano, nie było prawie nikogo.

Potem zaliczyliśmy jeszcze małe latanie nad placem ze złotą fontanną. Filmy pokażemy po powrocie, bo transfer kosztuje! Po drodze do Tbilisi na chwilę zatrzymaliśmy się przy prowizorycznym przejściu granicznym z prowizorycznym państwem Osetia Południowa. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć zarówno terminal graniczny, jak i sam obóz, który stoi w trefie buforowej.

Posadzić nas mogli jeszcze ewentualnie za nieprzestrzeganie przepisów ruchu drogowego. Ale Gruzini nie mają tak dużego aresztu, bo razem z nami musieliby siedzieć wszyscy kierowcy i prawie wszyscy piesi. Określenie, że podejście do przepisów ruchu drogowego jest tutaj swobodne jest eufemizmem. Mimo wszystko, mi osobiście, jeździ się tutaj bardzo dobrze. Kierowcy, chociaż z pozoru szaleni, jeżdżą bardziej przewidywalnie niż niejedna polska „baba w Yarisie”. Co więcej w tym szaleństwie są bardzo ostrożni i przekraczanie pieszo dowolnej ulicy w dowolnym kierunku ostatecznie jest bezpieczne, chociaż mrozi krew w żyłach obserwatorów. Dzisiaj była okazja się trochę rozsmakować w tym szaleństwie.

Na terenie Tbilisi mieliśmy 10 punktów do obfotografowania. Nie znaleźliśmy tylko jednego. Natomiast inny - budynek biblioteki - był zamknięty, ale już tradycyjnie nie poddałem się. Z zewnątrz było widać, że w środku są pracownicy, a skoro balkon był tak nisko... Panie pracujące w bibliotece były bardzo wyrozumiałe i chętnie pokazały freski w swoim pokoju.

Odwiedziliśmy też tzw. polska górkę na najstarszym istniejącym cmentarzu w mieście. Okazuje się, że na takim pozornie końcu świata, egzotycznej Gruzji, na cmentarzu jest około 40 polskich nagrobków. W tym miejscu muszę podziękować Panu Jerzemu Szałaginowi, który pomógł nam dotrzeć do właściwych nagrobków i odnaleźć wiele rozrzuconych po mieście obiektów z polskim rodowodem. Za to na liczniku naszego VW nie przybyło tak dużo, jak ostatnio, bo pokonaliśmy raptem 260 km.

Skoro Gruzja – to jedzenie! Dzisiaj na obiad było chaczapuri. Co to jest? To rodzaj pizzy w kształcie łódki ze słonawym serem i półpłynnym jajkiem.

Skoro Tbilisi – to zabytki i atrakcje. Odwiedziliśmy kilka kościółków, byliśmy na wąskich uliczkach starówki, no i nie mogliśmy sobie odmówić łaźni. Co prawda to raptem 5. dzień wyprawy, ale mycie pod naszym prowizorycznym prysznicem do luksuów nie należy - nie są to długie gorące prysznice. Godzina spędzona w gorącej wodzie pozwoliła nadrobić pewne braki.

Janek