Rozkręcamy się

Połykamy kolejne państwa, dzisiaj tuż po południu opuściliśmy Turcję i wjechaliśmy do gruzińskiego Batumi. Turcja pożegnała deszczem, a ostatnio musiało tam być sporo deszczu, bo przed granicą widać było jakie zniszczenia w ostatnim czasie poczynił. Zniszczone samochody, osuwiska błotne, powywracane linie energetyczne, wszechobecne błoto na ulicach. Zanim jednak opuściliśmy ziemię Ataturka zaliczyliśmy paliwowa przygodę. Pewnie tego nie wiecie, ale w Turcji paliwo jest jakieś 1,5 do 2 razy droższe niż w Polsce, w związku z tym celowaliśmy tak, aby jak najmniej tankować w Turcji no i nie ucelowaliśmy… Szczęśliwie silnik się nie zapowietrzył, a my mieliśmy na dachu ratunkową „piąteczkę” ropy.
Tym razem z granicą nie poszło tak lekko, jak do tej pory. Dziarsko pomykaliśmy w kierunku przejścia granicznego mijając kolejkę TIR-ów i autokarów. Ostatecznie, nieugięty i nieustępliwy policjant tuż przed przejściem granicznym wytłumaczył nam gdzie jest nasze miejsce w kolejce – na jej końcu. Próbowaliśmy, oczywiście, czarować go na rozmaite sposoby, powołując się nawet na rzekomo kończące się terminy ważności wiz azerskich. Ostatecznie podkuliliśmy ogony i stanęliśmy na końcu kolejki, która szczęśliwie posuwała się dosyć szybko. Podziwialiśmy rozbijające się o brzeg potężne fale (przejście graniczne jest tuż nad brzegiem morza) oraz pana handlującego w korku dywanikami (do modłów). Początkowo bardzo nas bawiło jak skutecznie udaje mu się zbywać ten towar. Trochę chyba z nudów, trochę rozweseleni sytuacją, a trochę z zadziorności, kiedy przyszła nasza kolej, rozpoczęliśmy hurtowe negocjajcie cenowe. Hmm, no i mamy po dywaniku. Pan okazał się być skłonny do negocjacji, a nam głupio było się wycofać, kiedy osiągnęliśmy satysfakcjonująca cenę.
Turcja nas pożegnała, a Gruzja powitała deszczem, ale po stronie gruzińskiej szybko padać przestało, a w miejscu deszczu pojawiła się azjatycka (bo jakaż by inna) duchota. W Gruzji na dobre zaczęła się robota. W samym tylko Batumi obfotografowaliśmy dawny kościół katolicki, nadmorskie bulwary Lecha i Marii Kaczyńskich i Twierdzę Gonio – tę ostatnią przede wszystkim z powietrza. Po wyczerpującym dniu wypadało coś zjeść, a Gruzja jest najlepszym miejscem do zaspokajania takich potrzeb. Bez ostrzeżenia zabrałem chłopaków na Targ Rybny w Batumi. Miejsce o niesamowitym folklorze, znane głównie lokalesom. System jest prosty: pół terenu to rzeczywiście targ rybny, gdzie w skrzynkach rozłożone są świeże, kompletne ryby. Kiedy klient dokona wyboru, ryba na jego oczach jest patroszona, filetowana i myta. Po czym, w foliowej reklamówce, ląduje w rękach nabywcy. No i co? Do domu na grilla, patelnię, ognisko? Nie! Idzie się na drugą część bazaru, taką bardziej restauracyjną. Przez pierwsze drzwi, nie przekraczając ich progu podaje się reklamówkę z nabytkiem, a ręka która ją przejmuje już wie co ma robić. Po kilkunastu minutach na stoliku ląduje chleb, tkemali, warzywa, a po kilku następnych minutach wjeżdża usmażona ryba. Są też pewne minusy, chociaż dla niektórych to element atrakcji. Wszystko jest zorganizowane po gruzińsku, a nad instytucją piecze sprawuje prawdopodobnie jakiś gruziński Sanepid, a w zasadzie to chyba dopiero będzie sprawował. Miejsce jest zlokalizowane specyficznie i bynajmniej nie jest to malownicza tawerna nad brzegiem morza. Owszem, do morza nie jest daleko, ale jeszcze bliżej jest do ruchliwej wylotówki, a  sąsiadami są zbiorniki pełne azerskiej ropy. Na początku chłopaki byli przestraszeni, ale ostatecznie wczuli się i rozsmakowali do tego stopnia, że owa relacja powstaje na stoliku przy rybce.
Czas kończyć, bo rybka lubi pływać, więc jeżeli zgodnie z planem chcemy dzisiaj nocować w  Kutaisi to czeka mnie jeszcze 150 km.

Janek