Śniadanie w Polonezie

Na owe śniadanie była bułka turecka, kiełbasa krakowska, wszystko popijane tureckim ajranem (tur. ayran – mieszanka jogurtu i wody).

Podchwytliwy tytuł oczywiście ma na celu zaintrygowanie czytelnika, że niby chodzi o FSO Polonez, w którym to śniadaliśmy, a tymczasem rzecz się miała we wsi Polonezköy zwanej również Adampol lub skrótowo Polonez, a leżącej na dzisiejszych obrzeżach Stambułu. Powoli zaczynamy kolekcjonować odwiedziny w „polskich wsiach” rozrzuconych po świecie… no, dobra, w Azji. (Wierszyna)

Co to jest Polonezköy: to polska wieś założona przez księcia Adama (stąd nazwa) Czartoryskiego i Michała Czajkowskiego w 1842 roku. Pierwotnie ustanowiona jako schronienie dla potłuczonych przez powstańczy los Polaków (oczywiście chodzi o Powstanie Listopadowe). Do dzisiaj z tej polskości dotrwało niewiele. Porównując do Wierszyny na Syberii - bo nie sposób się w tym miejscu nie zrobić takiego odniesienia - w Polonezie z łatwością można odnaleźć polskie ślady architektoniczne i budowlane, ale dużo gorzej jest z polskim duchem. Agresywna turystyczna przedsiębiorczość turecka dała Adampolowi świecące neony restauracji, pensjonaty i hotele. Jedynym delikatnym akcentem, który zresztą nie rzuca się szczególnie w oczy, jest budynek dawnego kościoła katolickiego, cmentarz i izba pamięci „cioci Zosi” (Dom Pamięci Zofii Ryży). Nie są to jednak atrakcje stojące frontem do klienta. Ich gospodarz, właściciel kilku hoteli w miejscowości, jako zabiegany biznesmen, jest akurat „gdzieś w Turcji” i w związku z tym wyżej wymienione obiekty - poza cmentarzem - są zamknięte. Ale nie po to Polak jedzie ponad 2000 km żeby sobie na kościół przez płot popatrzeć! Cel uświęcił środki i płot przeskoczyłem. Co prawda kościół nadal pozostał zamknięty, ale park wokół niego wraz z pamiątkowymi tablicami udało się sfotografować. Z izbą pamięci już się tak nie udało.

Wymieniając polskie akcenty trzeba wspomnieć jeszcze o ulicy Adama Mickiewicza, który to żywota dokonał właśnie w Stambule. Na centralnym skwerze we wsi, gdzie w towarzystwie kilku bezpańskich psów będących istną plagą Stambułu, spędziliśmy noc, jest jeszcze popiersie księcia Czartoryskiego i tablice informacyjne o miejscowości z adnotacją, że w 1937 roku wieś wizytował sam Ataturk. Tablice informują również, że mieszkańcy wsi kultywują polskie tradycje i język. My tego nie stwierdziliśmy. Podsumowując: nie jest to chicagowskie Jackowo lat '90.

Skoro padły takie nazwy, jak Polonezköy, Stambuł, Turcja, oznacza to, że plan z poprzedniego wpisu udało się zrealizować. Łącznie wczoraj pokonaliśmy wyczerpujące 1321 km, przekroczyliśmy dwie granice i zmieniliśmy kontynent – pozdrawiamy z Azji!

Jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów do planowanego noclegu w Samsun nad Morzem Czarnym.

Tytułem obserwacji socjologicznych: po pokonaniu już łącznie prawie 1000km po Turcji stwierdzamy, że:

  •     w Turcji nie pada, więc na motocyklu kask nie jest potrzebny (również na autostradzie),
  •     udaje nam się jak na razie lansować globalizacyjne trendy i posługujemy się bez problemu euro (w ogóle jak dotąd nie kupiliśmy żadnej lokalnej waluty),
  •     Turcy są bardzo dumni ze swoich symboli państwowych i w każdej, nawet średniej, miejscowości jest maszt z ogromną flagą,
  •     tureccy kierowy nie są wyrozumiali dla osiągów Chinobusa i skutecznie odświeżają nam definicję nanosekundy, wykonując w ostatniej chwili manewry omijające,
  •     trochę nas niepokoi, że nie rozumiemy systemu opłat za autostrady: funkcjonuje tu coś między systemem automatycznym i bramkami. Pierwszy typ bramek ewidentnie rejestruje nasz wjazd na autostradę, a drugi nawet przez ułamek sekundy wyświetla jakąś kwotę, jednak nie udało nam się odkryć, co mamy z tą informacją zrobić, gdyż bramki pozwalają na swobodny przejazd, a w okolicach nie ma żywej duszy,
  •     wracając jeszcze myślami do granicy tureckiej: ciekawym było, gdy panowie pogranicznicy podjęli próbę kontroli naszych bagaży. Po zajrzeniu do bagażnika ich lenistwo zwyciężyło ciekawość.

Janek