W domu

Nam niecałe 10 godzin. Jemu ponad 3 miesiące. Mowa o samochodzie. Rydwanie przygody, który przewiózł nas z Warszawy do Pekinu. Jak wiecie został w chinach trochę dłużej ze względu na trudności w organizacji transportu. Teraz cała wyprawowa rodzina jest już w domu. Kontener dotarł tuż po nowym roku jednak formalności związane z odprawą celną i (jak to się fachowo określa) zwolnieniem ładunku jeszcze trochę zajęły. W tym momencie wielkie podziękowania należą się pracownikom dwóch firm, które pomagały w finałowym akcie wyprawy. Dziękujemy firmie BCT Bałtycki Terminal Kontenerowy za ludzkie potraktowanie i podejście do podróżników. Druga z firm to nasz spedycyjny anioł stróż. Ogromne podziękowania należą się zwłaszcza pani Karolinie za zaangażowanie, cierpliwość i wyrozumiałość tym samym bardzo polecamy współpracę z firmą HELENA TRANSPORT-SPEDYCJA. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Warszawy pod koniec sierpnia zimowe opony miały nam posłużyć przed wszystkim na błoto i ewentualny śnieg w Kirgistanie. Tymczasem okazały się wybawieniem w drodze powrotnej z Gdyni do domu.

Wreszcie!

Mimo że my już dawno w domach z rodzinami - ba! - zagrzebani na nowo w obowiązkach służbowych, to jakaś część Wikiwyprawy Chiny 2015 jeszcze w podróży. Mam tutaj na myśli naszego busa. Trochę było z tym stresu, w końcu po miesiącu wrastania w jego fotele zostawiliśmy go na pastwę Chińczyków, a Ci na całe szczęście okazali się bardzo uczciwi.

Nasz agent, który pierwotnie zajmował się podstawieniem odpowiedniego kontenera w odpowiednie miejsce o odpowiednim czasie ze względów rodzinnych zaniedbał swoje obowiązki. Potem nastąpiła cała lawina nieszczęść. Kolejno okazało się, że armator nie chciał przyjąć naszego samochodu jako obiektu potencjalnie niebezpiecznego. Może umknęło to waszej uwadze ale mniej więcej na tydzień przed startem naszej wyprawy w porcie, z którego zamierzaliśmy odesłać do kraju busa miał miejsce wypadek. Jak na skale chińska to wypadek: w porcie w Tianjin doszło do wybuchu ładunku oczekującego na transport. Spłonęła spora cześć portu a śmierć poniosło kilkadziesiąt osób. W wyniku tego zajścia armatorzy zaostrzyli swoje podejście do ładunków przyjmowanych w tym porcie i tak nasz samochód uznano za niebezpieczny. Kiedy już udało się dogadać z armatorem i zapewnić go, że w samochodzie znajduje się minimalna ilość paliwa a na czas drogi akumulator będzie odłączony pojawił się kolejny problem. W Tianjin zabrakło wolnych kontenerów. Mniej więcej w tym momencie skończył się nasz czas operacyjny w Chinach i samochód został „pod opieką” agencji celnej, która zajmowała się odprawą. Dlaczego w cudzysłowie? Bo Pan Li – właściciel początkowo nie specjalnie palił się do naszej współpracy. Na tyle, że nie dostał od nas kluczyków od samochodu, które zapobiegliwie (jeden komplet) przykleiliśmy do wewnętrznej strony zderzaka. Szczęśliwie z czasem się namówił, sam ustalił koszty transportu i przeprowadził rozpoznanie co należy zrobić aby nasz nieco opasły samochód przygotować do drogi. W swoim czasie dostał odpowiednie wskazówki gdzie znajdzie kluczyki.

Wiele osób pytało nas czy nie prościej byłoby samochód tam porostu zostawić. Oczywiście uwzględniając niemałe kosztu transportu morskiego ten pomysł nie wydaje się bezzasadny a jednak to nie takie proste. Znowu cofnijmy się w czasie mniej więcej do momentu przekroczenia granicy kirgisko-chińskiej. To wtedy odpowiedzialny za kwestie formalne naszego wjazdu do Chin Taher wniósł tytułem poręczenia, że samochód Chiny opuści, kucję. Mimo kilku porób nie udało nam się ustalić ile taka kaucja wynosi. Szczerze mówiąc zaczynaliśmy już powątpiewać w jej istnienie. A jednak, kiedy tylko do świadomości Tahera dotarło, że my jesteśmy w Polsce a samochód nadal w Chinach wyraźnie się zaniepokoił. Co prawda nadal nie widomo ile ta kaucja wynosi ale sądząc po jego zdenerwowaniu istnieje i raczej nie jest to błahostka. Tak czy inaczej nie zamierzaliśmy samochodu zostawiać a zamieszanie wiązało się tylko z opóźnieniem jego wyjazdu.

Dzisiaj cała chińska przygoda chinobusa się kończy, po wielu uzgodnieniach, negocjacjach ceny i kilku pomniejszych perturbacjach z armatorami, samochód jest już w kontenerze i złożony w porcie czeka na swój statek. Potem jeszcze tylko kilka tygodni i znowu się spotkamy, tym razem w Gdyni. Będzie fajny prezent na Mikołajki :)

Janek

P.S.

Dla głodnych informacji co zniknęło z plecaka – były to baterie do drona. Okazuje się że, chińskie przepisy bezpieczeństwa lotów nie pozwalają na tak duża koncentrację akumulatorów w jednym bagażu. W moim przypadku było to 4 x 1200 mAh koncentracja koncentracją ale zniknęły wszystkie. W zamian w plecaku znalazłem stosowny protokół potwierdzający, że zniknięcie tych akumulatorów jest zniknięciem urzędowym!

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php#sigProGalleria36f0a3a11d

32

Dokładnie tyle dni zajęło nam dotarcie z Warszawy do Pekinu i powrót do domu.
Dzisiaj wyprawa się kończy, chociaż zostało jeszcze mnóstwo roboty do wykonania w Polsce.
Koniec to zawsze czas podsumowań. My nasze wykonaliśmy przy ostatniej chińszczyźnie jeszcze w Tianjin. Okazało się że wszyscy byli zgodni co do zadowolenia z przebiegu wyprawy. Oczywiście każdy znalazł jakiś punkt, który można by zmienić ale to nieistotne sprawy.
Bywały chwile trudne, dla nas jako ludzi – wiadomo 5 facetów zamkniętych przez miesiąc w małej puszcze to nie może się obyć bez tarć. Bywały też chwile trudne dla wyprawy – wypadek w Gruzji, problemy z promem, deportacja z Uzbekistanu. Na szczęście było wiele więcej chwil, które bez wątpienia zapamiętamy na zawsze – niezliczone przykłady gościnności napotkanych ludzi, wesele w Samarkandzie, wieczory w Kaszgarze, zapadające w pamięć krajobrazy i wiele, wiele innych.
Jeżeli ktoś z was stoi przed wyborem czy warto gdzieś jechać, jeżeli gdzieś w wyobraźni tłucze wam się jakiś pomysł... Może tylko zastanawiacie się czy jechać z biurem podróżny czy może spróbować wreszcie na własna rękę. To nasza rada brzmi: Tak!
Oczywiście, są też obawy. Brak strachu to nie zaleta, to głupota. Jednak podróżowanie w odróżnieniu od turystyki przyniesie wam nieporównywalną z niczym satysfakcję.
Uwaga! To zaraźliwa i nieuleczalna choroba!
Z pewnością nie wszystko pójdzie zgodnie z planem i pojawią się komplikacje a nawet problemy ale właśnie nimi przygoda stoi! O ile nie pozbawicie kogoś życia, nie przemycacie broni lub narkotyków to umówmy się, nie ma sytuacji bez wyjścia. Podróżowanie to ogromna szkoła, doświadczenie, które procentuje w tak zwanym normalnym życiu.

Dosyć z tym chwaleniem, bo ono nie tylko, a nawet przede wszystkim nie nam się należy.
W pierwszej kolejności dziękujemy Stowarzyszeniu Wikimedia Polska, które nam powiedziało: "Tak!" Nasz pomysł, z ogromnym wsparciem stowarzyszenia, nabrał rozpędu i realnego kształtu. Bez Stowarzyszenia Wikimedia Polska nie było by polskich projektów Wiki i nie byłoby Wikiwyprawy Chiny 2015.
Dziękujemy firmie Kopex S.A za zaufanie i pełną pomocną dłoń w trudnym momencie.
Dziękujemy firmie Webasto za ciepłe noce, krzepiącą kawę, prąd, który ożywiał nieczynne przejścia graniczne, cały sprzęt, dzięki któremu chodziliśmy czyści, wypoczęci i gotowi do zdobywania świata.
Dziękujemy Firmie Hyperbook za stworzenie i wypożyczenie nam komputera Hyperbook G3. Dzięki niemu na bieżąco mogliście śledzić nasze losy a my wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Polecamy ten świetny i niezawodny komputer!
Dziękujemy firmie Parrot, która bez zbędnych pytań podjęła ryzyko i wyposażyła nas nie w zabawkę, tylko w wysoce zaawansowany i niezawodny sprzęt. Dron Bebop wzbijał się w powietrze by zajrzeć w miejsca nieodstępne z ziemi i zdobywać niepowtarzalny materiał. Już niedługo zdjęcia i filmy z Parrot'a będą mogły obejrzeć i wykorzystać miliony użytkowników projektów Wiki.
Czym jest sprzęt bez ludzi? A tych przy tej wyprawie było wielu. Przede wszystkim ogromne podziękowania dla Michała, Pauliny, Borysa i Kuby. Ty, czytelniku, lajkowiczu, słuchaczu i oglądaczu z pewnością nie zdajesz sobie sprawy ale przejeżdżając dziennie między 500 a 1000 km nie moglibyśmy własnymi siłami zamieścić w internecie żadnych informacji o naszych poczynaniach. To dzięki ich zaangażowaniu a często i poświęceniu mogliście czytać, lajkować, słuchać i oglądać nasze relacje. Dziękujemy!
Wyprawa to oderwanie od życia, które gdzieś tam daleko toczy się dalej. Dziękujemy wszystkim naszym dziewczynom za umożliwienie nam tej przygody i wzięcie na sobie ciężaru ogarnięcia tego zapałzowanego przez nas życia. Często też za wsparcie i zdalną pomoc, kiedy w kraju smoków, podróbek i Mao trzeba a niemożna poszukać czegoś w Google.
Jeszcze jedne podziękowania, mimo że trochę w próżnię ale zasłużone. Dla naszego busa, który teraz sam w Tianjinie czeka na dalszą część podroży. Nie zawiódł nas ani razu, mimo że nie zawsze traktowaliśmy go lekko. Zwłaszcza jak na 400 tys. które skończył w czasie wyprawy.
Poniżej tradycyjnie kilka zdjęć, z powitania w Warszawie i pożegnania z Wyprawą. Do zobaczenia przygodo!

Janek

P.S.
Okazało sie że w Chinach poza samochodem został też mój plecak. Obsługa pekińskiego lotniska nie zapakował go do naszego samolotu.

 

P.S. 2

A jednak się znalazł! Co prawda nieco uszczuplony przez chińską kontrolę bezpieczęństwa ale najważniejsze że jest. Dotarł nastepnym czyli piątkowym "LOT'em", to podobno częste.

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php#sigProGalleria0fa996b7bc

Rozstanie

Chociaż od początku wliczone w kalendarz wyprawy, to jednak jakoś przykro.

Dzisiaj 31 dzień wyprawy, a zarazem pierwsza noc bez samochodu. To z nim przyszło nam się rozstać, ale zanim to nastąpiło…

Od samego rana nerwy, stres, dziesiątki telefonów, mejli, esemesów. Wszystkiemu winien transport samochodu do kraju przez morze. Niby wszystko dograne, ale jednak - jak to bywa - coś zawsze zaskoczy. Naszą stara metodą nocowania, rozbiliśmy się koło jednego z lepszych hoteli w mieście. Tym razem, oprócz węzła sanitarnego i WiFi, potrzebowaliśmy trochę większej pomocy, głównie informacyjnej. Jak prawdziwi goście hotelowi wypytywaliśmy o istotne punkty miasta np. o dworzec kolejowy, poprosiliśmy o zamówienie taksówki. Zaskakujące jest jak wszyscy spotkani przez nas pracownicy hoteli są mili i cierpliwi. Wielokrotnie, tak jak i dzisiaj, mimo bariery językowej, zawsze udawało nam się osiągnąć cel.

Wracając do tytułowego rozstania. Nasz samochód został w Tienjin i czeka na dokończenie formalności celnych, a my już jesteśmy na lotnisku w Pekinie. W środku samochodu zostały najmniej potrzebne rzeczy, które mogą się jeszcze trochę po świecie przejechać. Aktualnie dzieli nas od samochodu jakieś 200 km.

Sto siedemdziesiąt kilometrów pokonaliśmy przy pomocy superszybkiego chińskiego pociągu. Tego się nie spodziewaliśmy, ale z pomiarów GPS wyszło, że ten wyglądający bardzo nowocześnie, przestronny pocisk mknął 300 km/h! Do tego dochodzi jeszcze wygląd i rozmach dworców kolejowych. Inna sprawa, że tutejsza organizacja dworców nie pozwala pożegnać podróżującego machaniem z peronu. Do zakupu biletu potrzebny jest paszport. Za to czystość i przestronności rekompensują wszystko.

Pekińskie lotnisko w zupełności koresponduje z ogólnym rozmachem w kraju. Zadaszenie nad schodami ruchomymi i windami na parkingu jest - bez przesady - wielkości starego terminala na warszawskim Okęciu. To wszystko, oczywiście, nam nie przeszkadza i rozbiliśmy nasz obozik przy umieszczonych w kącie ławkach… na ławkach… i na podłodze. Już nam wszystko jedno.

Nasz samolot jest o 8:45 lokalnego czasu. Do tego czasu nie będziemy czekać na baczność, zresztą nie jesteśmy jedyni. Rano czeka nas jeszcze jedna niewiadoma. Nie do końca czujemy czy temat odprawy celnej samochodu jest już za nami. Czy pojawią się jakieś trudne pytania? Jak się wytłumaczyć? Z pewnością nie będziemy się wychylać...

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php#sigProGalleriaec72f02ad9

Walczymy dalej

Najpierw wczoraj o spokojną noc. Ostatecznie się udało, poukładaliśmy się z hotelową ochroną i gdybyśmy byli bardziej bezczelni, to pewnie pozwolonoby nam zostać jeszcze kilka dni. Ale za kilka dni to my chcemy być już w Warszawie! Na razie jest to nam skutecznie utrudniane.

Wyjaśniło się, że głównym generatorem problemów z kontenerem jest chiński agent. Najpierw uparcie twierdził, że nie ma wytycznych dla naszej „przesyłki”, a teraz - kiedy zamówienie się odnalazło - zarezerwował dla nas kontener na trzy, a nie jeden samochód. Jutro dzień sądu ostatecznego.

Aby uporać się z tematem pakowania kontenera mamy mniej więcej 24 godziny. Od strony celnej jest wszystko przygotowane. Cała dokumentacja i ścieżka postępowania jest ustalona, brakuje tylko wskazania nam konkretnej metalowej skrzynki pod konkretnym portowym adresem. W związku z tym, że odprawa celna jest już załatwiona, my jesteśmy na końcu naszej chińskiej marszruty, misja Sadika została wypełniona. Gdyby nie fakt, że nocujemy w mieście tytularnym największego portu kontenerowego na świecie to moglibyśmy powiedzieć, że nocujemy po swojemu.

Żeby nie żyć tylko problemami, to może opowiem coś o Pekinie. Zanim dzisiaj pojechaliśmy do Tienjin korzystając z martwego okresu między rankiem naszym, a rankiem w Polsce skoczyliśmy na „Silk Market”. Fakt, to nie był nasz pierwszy raz, buszujemy tam już drugi dzień.

To coś na kształt chińskiego bazaru, ubranego w formę centrum handlowego. Nawet nie próbujemy się oszukiwać, że wieszaki uginające się pod ciężarem ubrań marek takich jak Ralph Lauren, Burberry, Tommy Hilfiger itp. są rezultatem legalnej produkcji i przedmiotem legalnego obrotu. Mimo wszystko - miejsce bardzo cieszy. Ale i gubi. Kiedy nieuważny kupujący nieopatrznie zatrzyma wzrok na czymś dłużej niż 1/10 sekundy jest zgubiony. Natychmiast jest osaczany przez płaskie twarze o ciasnych oczach z kalkulatorem w ręku. A wtedy się zaczyna. „Łot is jor best prajs? O no no no, aj giw ju diskąt...” Jeżeli myślisz, że możesz swobodnie przerwać tę podstępną grę jesteś w błędzie. Jej zakończenie jest jedno – zakup! Chociaż niekoniecznie doprowadzi to do zguby twój budżet. Osiągnięcie konsensusu oczywiście zależy od determinacji, ale dobicie targu na poziomie 30% wyjściowej ceny nie jest specjalnie trudne. Targowanie się jest w zasadzie w tym miejscu obowiązkiem, bez względy czy kupujesz kołdrę z jedwabiu, t-shirt czy herbatę.

Handlarze mają różne techniki. Na obrażalskiego: twoje kontrpropozycje obrażają sprzedającego na śmierć, ale da ci ostatnią szansę. Na kolegę: „speszjal prajs for ju, kolega”. Na gawędziarza: „łer ar ju from? Ooo from Poland! Sister maj frend hew hasbend from Poland...” Z pewnością nie są to wszystkie możliwe opcje, bo i z braku czasu odwiedziliśmy tylko część tego przybytku. Szałowi poddał się nawet Sadik, początkowo sceptycznie nastawiony do miejsca, ostatecznie był jednym z najbardziej objuczonych zawodników. Miejsce jest z pewnością wyjątkowe na mapie Pekinu i znane. Tylu obcokrajowców nie spotkaliśmy jak dotąd w żadnej, nawet najbardziej ciekawej atrakcji turystycznej. Wszyscy z tym samym błyskiem w oku, trochę jak dzieci w cyrku i fabryce zabawek jednocześnie.

Janek

 

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php#sigProGalleria36a22217ad

Nic się nie dzieje

Zwykle, jak Jacek stwierdza, że nic się nie dzieje, sprowadza to na nas jeśli nie problemy to chociaż przygody. Ostatnio tak się właśnie nie działo. Jechaliśmy sobie spokojnie, odwiedzaliśmy kolejne zaplanowane miejsca i wtedy padło magiczne hasło.

Potem pierwsze, co nas spotkało, to dezinformacja w sprawie naszego kontenera. Zamówienie na transport samochodu zaginęło gdzieś między polskim a chińskim agentem. Traf chciał, że akurat mamy weekend i o ile w Chinach to nie problem, to Polska śpi. Musimy czekać, niby do jutra do 8:00 rano, ale w Chinach to będzie 14:00, więc dzień mocno już zaawansowany. Żeby nie kiblować bez sensu w porcie, podjęliśmy decyzję, że zmieniamy nieco kolejności na trasie i jedziemy najpierw do Pekinu.

Wg pierwotnych założeń mieliśmy do Pekinu dotrzeć bez samochodu, a tu niespodzianka! Te-czwórka turla się po Tiananmen. Ze względu na całą tę logistykę nocleg też nam wypadł w Pekinie.

Od kiedy jedzie z nami Sadik, mamy nieco inny system noclegu niż do tej pory. Nie nocujemy za miastem w otoczeniu pól, lasów, rzek i jezior, tylko w najbliższej okolicy hotelu, w którym zatrzymał się Sadik. Tym razem był jeden problem. Pekin - jak to stolica, a na dodatek nie byle jakiego państwa - rządzi się swoimi prawami. Hotelu, który umożliwiałby nam nocleg w pobliżu, a jednocześnie był rozsądny cenowo dla naszego przewodnika, nie było. Zatem rozwód. Sadik idzie gdzieś (nie wiemy, gdzie się podział) a my zostajemy przy 5* hotelu, przy którym akurat wyczailiśmy potencjał kempingowy, dostęp do toalety i wifi. Zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy w poszukiwaniu unoszących się w powietrzu aromatów chodnikowej chińszczyzny. Po powrocie część wycieczki rozsiadła się we foyer, jak panowie.

Po chwili zaniepokoił nas jednak podjeżdżający pod hotel radiowóz. Po kilku następnych chwilach niepokoje się urealniły. Sławek i Waldek przyszli do nas w towarzystwie hotelowej ochrony i policjantów. Na całe szczęście była to tylko kontrola paszportów. Nic więcej od nas nie chcieli. W spokoju, że nasza sytuacja jest usankcjonowana kontynuujemy eksploatację hotelowych dobrodziejstw.

To wszystko, co tak znudziło Jacka i skłoniło do twierdzenia, jakoby nic się nie działo, to: odwiedziny w Datong (zdecydowanie im dalej na wschód tym miasta chińskie tracą egzotyczny charakter na rzecz uniwersalnych międzynarodowych wielkomiejskich standardów, co nieszczególnie przypadło nam do gustu), odwiedziny na Wielkim Murze (ten z kolei chociaż podobno widoczny z kosmosu trochę się przed nami chował, ale go znaleźliśmy), Zakazane Miasto i Tiananmen (plac to i owszem, robi wrażenie, ale Zakazanego Miasta nie było nam dane zobaczyć, bo spóźniliśmy się 5 minut po bilety). Jutro wracamy do pierwotnej marszruty i przed południem naszego czasu wyruszamy do portu. Zobaczymy, co uda nam się wskórać.

Janek

P.S.
Dzisiaj małe święto: Sławek miał urodziny. W związku z tym, tradycyjny, codzienny, chodnikowy „chińczyk” stał się świątecznym, pekińskim, chodnikowym „chińczykiem”.

 

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php#sigProGalleria9e2be7f3e0

Zaradna bieda

Powinieniem napisać o Pingyao. Miasto to jest z pewnością bardzo charakterystyczne, więc mu się to należy.

To dawny Hongkong i Szanghaj, a może nawet i Pekin czternastowiecznych Chin. Zarazem wyjątek pod względem niszczenia, ale także konserwacji zabytków. Jako nieliczne i w niezłym stopniu oparło się rewolucyjnemu burzeniu zabytków i zastępowaniu ich nowym, lepszym światem. Najbardziej interesująca w Pingyao jest starówka otoczona fosą i masywnymi murami.

Starówka nie taka jak ta w Chivie, jakby wymarła, lecz żywa, zamieszkana przez dziesiątki tysięcy ludzi. Wymiary starego miasta to w przybliżeniu 3 x 3 km. Zabudowa niska z szarych ciosów kamiennych o równych wymiarach.

Dzisiejsze Pingyao to atrakcja turystyczna. Sadik, z lekkim obrzydzeniem, określił główną ulicę starówki jako komercyjną. Może i tak jest, ale warto było ją zobaczyć, w końcu handel to nierozerwalna część Chin. I owszem, centralna ulica i kilka poprzecznych kipi od stoisk z przeróżnym towarem. Oferta zdecydowanie wycelowana w turystę, nawet tego angielskojęzycznego. Boczne uliczki to raczej cisza, spokój, na takich przechodniów jak my czyhają tylko psy wyskakujące znikąd. Widać życie, takie normalne, codzienne: suszące się pranie, wymianę dętki w skuterze, wylewanie pomyj do studzienki. Gdzieniegdzie zdarzy się jeszcze jakieś samotne przydomowe stoisko z napojami albo dziadek sprzedający mapy, prawdopodobnie dostępne w informacji turystycznej za darmo. Jest też całe mnóstwo gotowych obwieźć turystów po uliczkach starówki elektrycznych pojazdów, które mieszkają, pochowane gdzieś w ciasnych podwórkach.

Co ma z tym wspólnego temat dzisiejszej relacji? Podwórka oprócz tego, że są ciasne, są też ogromnie biedne. Do wypięknionych, świeżych atriów południowej Europy mają się jak pięść do oka. Oczywiście, można by powiedzieć, że mogłyby być chociaż posprzątane, bo to w zasadnie nic nie kosztuje. Ale potrzebny jest czas, a tego Chińczycy mają mało, wszędzie się spieszą. Z tym też związane jest wszystko to, co napisałem o ruchu ulicznym.

Chińczycy to naród bardzo pracowity. Biedny, ale w tej biedzie i braku perspektyw na pomoc kogokolwiek z zewnątrz zaradny. Nie da się ukryć - Chińczycy nie siedzą z założonymi rękami. Sprzedaż map czy mały stoliczek z napojami przed domem, a dalej stoiska z owocami przy drodze, „punkt gastronomiczny” dźwigany na plecach. To wszystko pochłania ich czas, ale są to dowody na aktywność i chęć utrzymania się na powierzchni mimo, jak się wydaje, niesprzyjających warunków. Być może też brak rozpuszczenia ze strony państwa?

Tutaj nikt nie ma perspektywy na zasiłek. Jeżeli sam nie zawalczę o siebie, to nikt tego za mnie nie zrobi. W tym wszystkim jest widoczna duża samomobilizacja. Rodzina ze zdjęcia mieszka w czwórkę we własnym sklepie (obok ojca stoi około 3 letnia dziewczynka, a na łóżku za matką leżał jeszcze nie więcej jak 3 miesięczny niemowlak). Za kotarą w sklepie z… (zadanie dla spostrzegawczych) spała kolejna rodzina. Zakup trójkołowego dyliżansu do najtańszych nie należy, ale jeżeli jest szansa, że się zwróci? Jak widać to nie kosmiczne know how i miliardy euro czy dolarów wydawanych na badania i rozwój, ale determinacja buduje pierwsze gospodarki świata. Bo - jak sądzę - podobnie do tego obecnego w Chinach, wyglądało życie pierwszych kolonizatorów Ameryki Północnej.

Janek

View the embedded image gallery online at:
http://chiny2015.pl/index.php#sigProGalleria4afa1096d1